Co innego REDAKTOR. On uważa - zupełnie tak jak inni nie uważają - uważa, ze Primark jest przerażający. A co gorsza, stal się na trasie wycieczek zupełnie obowiązkowym punktem od kiedy otworzyli na Oxford Street, największej handlowej ulicy miasta, a przynajmniej najbardziej znanej, a już na pewno nieznośnie, wiecznie i męcząco zatłoczonej ludzko, jak i autobusowo, jak i taksówkowo, bo zwykłe auta nie maja tam wjazdu, i co z tego - konstatuje REDAKTOR, skoro przejechanie autobusem tej ulicy zajmuje dobre pól godziny? Więc od kiedy otworzyli sklep flagowy, zachodnia okolica tej ulicy już do końca stała się nie do przejścia, bo nie dość, że wiecznie tarasują ją tłumy, to jeszcze tłumy te obnoszą się z torbami, nie: jedną torbą na zakupy, lecz torbami dwoma, pięcioma, wieloma, kartonowymi, z dużymi literami, że to własnie Primark. W ten sposób - a wystarczyło otworzyć jeden sklep, choć firma przecież była tu już znana mniej czy więcej - żeby wywołać amok zakupów, a firma, która od początku była celowana jako tania, tańsza i najtańsza - to dosłownie odzieżowe Tesco, gdzie liczy się tylko niska cena nagle awansowała o sto oczek. Ale to nawet nie przeraża tak REDAKTORA, bo on wie, że żyje w miejscu, gdzie cena to król, im niższa, tym lepsza w porównaniu do wyższej przedtem, czyli nieważne, ile wydałeś, ważne, ile oszczędziłeś. No to oszczędzają, i to właśnie tak jest okropne dla REDAKTORA, bo Primarki są miejscami dla REDAKTORA okropnymi, i to od wejścia. Zapewne, konstatuje REDAKTOR, to z powodu niemożliwego tłoku, że wszyscy po sobie depczą, potrącają, tłoczą się, przepychają, przy okazji zrzucając tony ubrań na podłogę, a na dodatek wszędzie kręcą się pod nogami wrzeszczące dzieci, a być może - zastanawia się REDAKTOR - chodzi, że miedzy stosami tych ubrań jest strasznie mało miejsca, szmaty napierają z każdej strony, efektywnie wykorzystując powierzchnię handlową do absurdu, a wszystkie te szmaty - to tez REDAKTORA przeraża - wymiętolone, przebrane, przymierzone dwieście razy, rzucone bezładnie, walające się, zdeptane, nawet te rzucone na wielkie stosy nie wyglądają lepiej, bo przecież w Primarku nie chodzi o to, żeby wyglądało lepiej, chcesz mieć lepiej, to idź do porządnego sklepu, tylko żeby każdy skuszony niską ceną nawrzucał jak najwięcej w te kosze i leciał to kasy, która też jest przygnębiająca, ustalił REDAKTOR, bo zawsze czeka tam ze 40 osób i pól godziny.Tak wiec sklep ten jest ogromnie przygnębiający, z racji tez tego amoku, który tam ogarnia, przymierzania tego w alejkach, tego tłumu, ale przede wszystkim REDAKTOR jest przygnębiony, bo w tym Primarku widać jak na dłoni bezmyślność jednak systemu - tak konstatuje REDAKTOR bezustannie - który doprowadził do powstania Primarków. I tak REDAKTOR ma te reminiscencje z Dnia Świra, co on tak siedzi na fotelu, bezsensowne inserty* rzuca z gazety na ziemię, a tam drzewa się walą i walą, które trzeba było ściąć, żeby te bzdety wydrukować, takie reminiscencje ma REDAKTOR, jak stoi do kasy w tym Primarku, a tam jak się tak stoi i stoi, to jedna wielka lada się ciągnie samoobsługowa się, pełna najgorszego szajsu, jaki może wymyślić chiński przemysł, od znaczków z One Direction, gąbki Hello Kitty, ognie sztuczne, szminki dla dziewczynek, choć dziś to nic nie wiadomo, więc może i dla chłopców, żelki, setki, tysiące bezsensownych gadżetów z plastiku, i jak się tak patrzy na to wszystko, to REDAKTOR od razu obsesyjnie te drzewa widzi, te inserty i o tym, ile ten zalew głupoty musiał kosztować materiałów, prądu, paliwa, żeby to wszystko wyprodukować, wywieźć, przewieźć, dowieźć i jak bez sensu były te koszty poniesione, tylko po to, żeby zadowolić chwilowy kaprys jakiejś rozwydrzonej pięciolatki, a potem i tak to powędruje do kosza, a potem go gdzieś tu spalą w spalarni, i tak to właśnie wygląda i końca tego nie widać, a matka Ziemia jęczy coraz głośniej, a w Bangladeszu te maszyny do szycia jeszcze szybciej, jak te planety wirują i wirują, tak sobie myśli REDAKTOR, sam jęcząc bardzo głośno na widok tego marnotrawstwa, już nie mówiąc, że do kasy jeszcze ze 20 osób z koszami pełnymi szmat, a on ma tylko rękawiczki, za to dwie pary za funta, wstyd nie kupić, opylka, wiec kupują, a potem zadzierają nosa tymi torbami z papieru (szarego a jakże, bo przecież ekologia). Z drugiej strony podziwiać należy sukces, kmini REDAKTOR, który odniósł ktoś, kto wpadł na pomysł i przeprowadził strategię, że najtańsze ciuchy ze złych materiałów, szyte masowo gdzieś w jakichś walących się norach w Bangladeszu można przerobić na coś, co z duma się obnosi (w torbach) po największej handlowej ulicy miasta, i czy ten obłęd właśnie, który tam panuje, to własnie nie jest obliczony na wywołanie obłędu, który potem w domu się wspomina jak wyprzedaż w Harrodsie, że się wzięło udział w czymś niezwykłym, myśli REDAKTOR i robi krok, bo kolejka ruszyła o pięć centymetrów, a może, wpada REDAKTOROWI do głowy myśl, przecież on dużo czyta, to ma dużo myśli, i przecież bez przerwy czyta o oszczędnościach, które tutaj maja miejsce, a to obniżają zasiłki,
a to nałożyli kapselek ("cap") na kwotę, którą można otrzymać łącznie benefitów,
a to obcięli zasiłek jak się ma wolny pokój, w którym nikt nie mieszka (czyli można go wynająć),
i wszystko zawiera się w słowie "austerity", oszczędności,
i skoro wszyscy oszczędzają w społeczeństwie, które żyje handlem (cały tydzień telewizja i prasa po Narodzeniu młóciły wyniki sieci spożywczych, domów towarowych, no wiec Burberry lepiej niż się kto spodziewał, za to spożywczaki tylko 0,3 na plusie, no może oprócz Tesco, które na minusie, i tak dalej), to pewnie ten Primark jest zamiennikiem zakupów bardziej z gestem, kmini sobie REDAKTOR, a kolejka tymczasem wchodzi na ostatnią prostą! Bo jednak, konstatuje z lubością REDAKTOR, mimo ostatnich załamań i dwukrotnej recesji w 5 lat tutejszy poziom życia spadał z bardzo wysokiego konia, no i jak nietrudno się domyślić (tu REDAKTOR, trochę z nudów, a trochę dla czystego funu, bez trudności się domyślił) ciężko jest zrezygnować z tego i owego, zwłaszcza kiedy przez dziesięciolecia całe przyzwyczajało się już nawet nie tylko do dostatku, ale nawet do nadmiaru, i ten nadmiar jest bardzo tu widoczny np. w takim Primarku, gdzie po prostu rzuca się w oczy - nadmiar. Jeszcze ten nadmiar i to jednak nieco mniejsze, ale jednak finansowe bogactwo tego kraju rzuca się w oczy. Weźmy takie autobusy (tu REDAKTOR wziął, bo kolejka jakby na dłuższą chwilę stanęła), te autobusowe korki na Oxford Street, i na Whitehall zaraz obok Trafalgaru i w REDAKTORA okolicy, wystarczy czerwone światło i już po pięć, sześć, siedem autobusów jeden za drugim, dwupokladowe, jednopokladowe, w każdym razie czerwone, a już na pewno się trafia dwa albo i trzy tej samej linii, potem będą się wyprzedzać nawzajem, do tego ten wypasiony, za 3 mln zl sztuka, specjalnie projektowany, szpanerski Borisbus, najnowszy model kręcący się już w znacznej liczbie po ulicach, no wszystko to jednak powoduje, ze po prostu czuć tutaj kaskę w powietrzu i ten nadmiar różnych takich właśnie znaków, które te kaskę pomagają wyczuć. No i nawet te domki ich tutaj, no bo niby zima taka na niby, ale jednak nie lato, więc zawsze jednak chłodniej, no i normalni ludzie gotowaliby się na ten chłodek, a tu nic z tych rzeczy, domki typu jedna cegła na grubość, wielkie okna i dużo, za to pojedynczych, a nie podwójnych jak w zimnie, no i zawsze w nich jest jednak zimniej niż w domach, no ale co z tego, jak po prostu się włączało ogrzewanie i nikt nie liczył, ile to kosztuje, już nie mówiąc o dwutlenku, który frunął w powietrze z powodu tych japońskich papierowych domków. Ale, ale, łapie się REDAKTOR już przy kasie, znaczy włączało się, ale już się nie włącza, bo ten kryzys spowodował jakby wielkie zainteresowanie ociepleniem nagle domów, cenami gazu i w ogóle oraz szklarze tez się dorobili. Widać, ze kryzysik ma też dobre strony: kubełek zimnej wody jakby ktoś nagle wylał na głowę.
_____________________
* wkładki
a to nałożyli kapselek ("cap") na kwotę, którą można otrzymać łącznie benefitów,
a to obcięli zasiłek jak się ma wolny pokój, w którym nikt nie mieszka (czyli można go wynająć),
i wszystko zawiera się w słowie "austerity", oszczędności,
i skoro wszyscy oszczędzają w społeczeństwie, które żyje handlem (cały tydzień telewizja i prasa po Narodzeniu młóciły wyniki sieci spożywczych, domów towarowych, no wiec Burberry lepiej niż się kto spodziewał, za to spożywczaki tylko 0,3 na plusie, no może oprócz Tesco, które na minusie, i tak dalej), to pewnie ten Primark jest zamiennikiem zakupów bardziej z gestem, kmini sobie REDAKTOR, a kolejka tymczasem wchodzi na ostatnią prostą! Bo jednak, konstatuje z lubością REDAKTOR, mimo ostatnich załamań i dwukrotnej recesji w 5 lat tutejszy poziom życia spadał z bardzo wysokiego konia, no i jak nietrudno się domyślić (tu REDAKTOR, trochę z nudów, a trochę dla czystego funu, bez trudności się domyślił) ciężko jest zrezygnować z tego i owego, zwłaszcza kiedy przez dziesięciolecia całe przyzwyczajało się już nawet nie tylko do dostatku, ale nawet do nadmiaru, i ten nadmiar jest bardzo tu widoczny np. w takim Primarku, gdzie po prostu rzuca się w oczy - nadmiar. Jeszcze ten nadmiar i to jednak nieco mniejsze, ale jednak finansowe bogactwo tego kraju rzuca się w oczy. Weźmy takie autobusy (tu REDAKTOR wziął, bo kolejka jakby na dłuższą chwilę stanęła), te autobusowe korki na Oxford Street, i na Whitehall zaraz obok Trafalgaru i w REDAKTORA okolicy, wystarczy czerwone światło i już po pięć, sześć, siedem autobusów jeden za drugim, dwupokladowe, jednopokladowe, w każdym razie czerwone, a już na pewno się trafia dwa albo i trzy tej samej linii, potem będą się wyprzedzać nawzajem, do tego ten wypasiony, za 3 mln zl sztuka, specjalnie projektowany, szpanerski Borisbus, najnowszy model kręcący się już w znacznej liczbie po ulicach, no wszystko to jednak powoduje, ze po prostu czuć tutaj kaskę w powietrzu i ten nadmiar różnych takich właśnie znaków, które te kaskę pomagają wyczuć. No i nawet te domki ich tutaj, no bo niby zima taka na niby, ale jednak nie lato, więc zawsze jednak chłodniej, no i normalni ludzie gotowaliby się na ten chłodek, a tu nic z tych rzeczy, domki typu jedna cegła na grubość, wielkie okna i dużo, za to pojedynczych, a nie podwójnych jak w zimnie, no i zawsze w nich jest jednak zimniej niż w domach, no ale co z tego, jak po prostu się włączało ogrzewanie i nikt nie liczył, ile to kosztuje, już nie mówiąc o dwutlenku, który frunął w powietrze z powodu tych japońskich papierowych domków. Ale, ale, łapie się REDAKTOR już przy kasie, znaczy włączało się, ale już się nie włącza, bo ten kryzys spowodował jakby wielkie zainteresowanie ociepleniem nagle domów, cenami gazu i w ogóle oraz szklarze tez się dorobili. Widać, ze kryzysik ma też dobre strony: kubełek zimnej wody jakby ktoś nagle wylał na głowę.
_____________________
* wkładki