środa, 19 lutego 2014

Nadmiar.

Co innego REDAKTOR. On uważa - zupełnie tak jak inni nie uważają - uważa, ze Primark jest przerażający. A co gorsza, stal się na trasie wycieczek zupełnie obowiązkowym punktem od kiedy otworzyli na Oxford Street, największej handlowej ulicy miasta, a przynajmniej najbardziej znanej, a już na pewno nieznośnie, wiecznie i męcząco zatłoczonej ludzko, jak i autobusowo, jak i taksówkowo, bo zwykłe auta nie maja tam wjazdu, i co z tego - konstatuje REDAKTOR, skoro przejechanie autobusem tej ulicy zajmuje dobre pól godziny? Więc od kiedy otworzyli sklep flagowy, zachodnia okolica tej ulicy już do końca stała się nie do przejścia, bo nie dość, że wiecznie tarasują ją tłumy, to jeszcze tłumy te obnoszą się z torbami, nie: jedną torbą na zakupy, lecz torbami dwoma, pięcioma, wieloma, kartonowymi, z dużymi literami, że to własnie Primark. W ten sposób - a wystarczyło otworzyć jeden sklep, choć firma przecież była tu już znana mniej czy więcej - żeby wywołać amok zakupów, a firma, która od początku była celowana jako tania, tańsza i najtańsza - to dosłownie odzieżowe Tesco, gdzie liczy się tylko niska cena nagle awansowała o sto oczek. Ale to nawet nie przeraża tak REDAKTORA, bo on wie, że żyje w miejscu, gdzie cena to król, im niższa, tym lepsza w porównaniu do wyższej przedtem, czyli nieważne, ile wydałeś, ważne, ile oszczędziłeś. No to oszczędzają, i to właśnie tak jest okropne dla REDAKTORA, bo Primarki są miejscami dla REDAKTORA okropnymi, i to od wejścia. Zapewne, konstatuje REDAKTOR, to z powodu niemożliwego tłoku, że wszyscy po sobie depczą, potrącają, tłoczą się, przepychają, przy okazji zrzucając tony ubrań na podłogę, a na dodatek wszędzie kręcą się pod nogami wrzeszczące dzieci, a być może - zastanawia się REDAKTOR - chodzi, że miedzy stosami tych ubrań jest strasznie mało miejsca, szmaty napierają z każdej strony, efektywnie wykorzystując powierzchnię handlową do absurdu, a wszystkie te szmaty - to tez REDAKTORA przeraża - wymiętolone, przebrane, przymierzone dwieście razy, rzucone bezładnie, walające się, zdeptane, nawet te rzucone na wielkie stosy nie wyglądają lepiej, bo przecież w Primarku nie chodzi o to, żeby wyglądało lepiej, chcesz mieć lepiej, to idź do porządnego sklepu, tylko żeby każdy skuszony niską ceną nawrzucał jak najwięcej w te kosze i leciał to kasy, która też jest przygnębiająca, ustalił REDAKTOR, bo zawsze czeka tam ze 40 osób i pól godziny.Tak wiec sklep ten jest ogromnie przygnębiający, z racji tez tego amoku, który tam ogarnia, przymierzania tego w alejkach, tego tłumu, ale przede wszystkim REDAKTOR jest przygnębiony, bo w tym Primarku widać jak na dłoni bezmyślność jednak systemu - tak konstatuje REDAKTOR bezustannie - który doprowadził do powstania Primarków. I tak REDAKTOR ma te reminiscencje z Dnia Świra, co on tak siedzi na fotelu, bezsensowne inserty* rzuca z gazety na ziemię, a tam drzewa się walą i walą, które trzeba było ściąć, żeby te bzdety wydrukować, takie reminiscencje ma REDAKTOR, jak stoi do kasy w tym Primarku, a tam jak się tak stoi i stoi, to jedna wielka lada się ciągnie samoobsługowa się, pełna najgorszego szajsu, jaki może wymyślić chiński przemysł, od znaczków z One Direction, gąbki Hello Kitty, ognie sztuczne, szminki dla dziewczynek, choć dziś to nic nie wiadomo, więc może i dla chłopców, żelki, setki, tysiące bezsensownych gadżetów z plastiku, i jak się tak patrzy na to wszystko, to REDAKTOR od razu obsesyjnie te drzewa widzi, te inserty i o tym, ile ten zalew głupoty musiał kosztować materiałów, prądu, paliwa, żeby to wszystko wyprodukować, wywieźć, przewieźć, dowieźć i jak bez sensu były te koszty poniesione, tylko po to, żeby zadowolić chwilowy kaprys jakiejś rozwydrzonej pięciolatki, a potem i tak to powędruje do kosza, a potem go gdzieś tu spalą w spalarni, i tak to właśnie wygląda i końca tego nie widać, a matka Ziemia jęczy coraz głośniej, a w Bangladeszu te maszyny do szycia jeszcze szybciej, jak te planety wirują i wirują, tak sobie myśli REDAKTOR, sam jęcząc bardzo głośno na widok tego marnotrawstwa, już nie mówiąc, że do kasy jeszcze ze 20 osób z koszami pełnymi szmat, a on ma tylko rękawiczki, za to dwie pary za funta, wstyd nie kupić, opylka, wiec kupują, a potem zadzierają nosa tymi torbami z papieru (szarego a jakże, bo przecież ekologia). Z drugiej strony podziwiać należy sukces, kmini REDAKTOR, który odniósł ktoś, kto wpadł na pomysł i przeprowadził strategię, że najtańsze ciuchy ze złych materiałów, szyte masowo gdzieś w jakichś walących się norach w Bangladeszu można przerobić na coś, co z duma się obnosi (w torbach) po największej handlowej ulicy miasta, i czy ten obłęd właśnie, który tam panuje, to własnie nie jest obliczony na wywołanie obłędu, który potem w domu się wspomina jak wyprzedaż w Harrodsie, że się wzięło udział w czymś niezwykłym, myśli REDAKTOR i robi krok, bo kolejka ruszyła o pięć centymetrów, a może, wpada REDAKTOROWI do głowy myśl, przecież on dużo czyta, to ma dużo myśli, i przecież bez przerwy czyta o oszczędnościach, które tutaj maja miejsce, a to obniżają zasiłki,
a to nałożyli kapselek ("cap") na kwotę, którą 
można otrzymać łącznie benefitów,
a to obcięli zasiłek jak się ma wolny pokój, w którym nikt nie mieszka (czyli można go wynająć),
i wszystko zawiera się w słowie "austerity", oszczędności,
i skoro wszyscy oszczędzają w społeczeństwie, które żyje handlem (cały tydzień telewizja i prasa po Narodzeniu młóciły wyniki sieci spożywczych, domów towarowych, no wiec Burberry lepiej niż się kto spodziewał, za to spożywczaki tylko 0,3 na plusie, no może oprócz Tesco, które na minusie, i tak dalej), to pewnie ten Primark jest zamiennikiem zakupów bardziej z gestem, kmini sobie REDAKTOR, a kolejka tymczasem wchodzi na ostatnią prostą! Bo jednak, konstatuje z lubością REDAKTOR, mimo ostatnich załamań i dwukrotnej recesji w 5 lat tutejszy poziom życia spadał z bardzo wysokiego konia, no i jak nietrudno się domyślić (tu REDAKTOR, trochę z nudów, a trochę dla czystego funu, bez trudności się domyślił) ciężko jest zrezygnować z tego i owego, zwłaszcza kiedy przez dziesięciolecia całe przyzwyczajało się już nawet nie tylko do dostatku, ale nawet do nadmiaru, i ten nadmiar jest bardzo tu widoczny np. w takim Primarku, gdzie po prostu rzuca się w oczy - nadmiar. Jeszcze ten nadmiar i to jednak nieco mniejsze, ale jednak finansowe bogactwo tego kraju rzuca się w oczy. Weźmy takie autobusy (tu REDAKTOR wziął, bo kolejka jakby na dłuższą chwilę stanęła), te autobusowe korki na Oxford Street, i na Whitehall zaraz obok Trafalgaru i w REDAKTORA okolicy, wystarczy czerwone światło i już po pięć, sześć, siedem autobusów jeden za drugim, dwupokladowe, jednopokladowe, w każdym razie czerwone, a już 
na pewno się trafia dwa albo i trzy tej samej linii, potem będą się wyprzedzać nawzajem, do tego ten wypasiony, za 3 mln zl sztuka, specjalnie projektowany, szpanerski Borisbus, najnowszy model kręcący się już w znacznej liczbie po ulicach, no wszystko to jednak powoduje, ze po prostu czuć tutaj kaskę w powietrzu i ten nadmiar różnych takich właśnie znaków, które te kaskę pomagają wyczuć. No i nawet te domki ich tutaj, no bo niby zima taka na niby, ale jednak nie lato, więc zawsze jednak chłodniej, no i normalni ludzie gotowaliby się na ten chłodek, a tu nic z tych rzeczy, domki typu jedna cegła na grubość, wielkie okna i dużo, za to pojedynczych, a nie podwójnych jak w zimnie, no i zawsze w nich jest jednak zimniej niż w domach, no ale co z tego, jak po prostu się włączało ogrzewanie i nikt nie liczył, ile to kosztuje, już nie mówiąc o dwutlenku, który frunął w powietrze z powodu tych japońskich papierowych domków. Ale, ale, łapie się REDAKTOR już przy kasie, znaczy włączało się, ale już się nie włącza, bo ten kryzys spowodował jakby wielkie zainteresowanie ociepleniem nagle domów, cenami gazu i w ogóle oraz szklarze tez się dorobili. Widać, ze kryzysik ma też dobre strony: kubełek zimnej wody jakby ktoś nagle wylał na głowę.

_____________________

* wkładki

Sprzątaczki.


I tak REDAKTOR znów napisał artykuł.


Powiedzmy to wreszcie głośno: Polska za granicę nie wysłała orłów, profesorów wszechnauk, lecz kogoś, kogo Anglicy nazywają „lower class” - klasę robotniczą, niewyczerpany rezerwuar taniej siły roboczej wykonującej najgorsze prace.

Październik 2013 r. W brytyjskiej prywatnej telewizji ITV trwa transmisja meczu Anglia-Czarnogóra. W przerwie komentatorzy podsumowują pierwszą połowę. Jeden z nich to znany z niewyparzonego języka Adrian Chiles, który popisuje się żartem o polskich budowlancach, którzy mogą stać się groźni, jeśli Polska przegra mecz z Anglią (co się zresztą stało). Wybucha skandal: do ITV dzwoni kilkudziesięciu oburzonych widzów, domagajac sie przeprosin od dziennikarza.
Oburzeni telewidzowie dzwoniący do redakcji z żądaniem przeprosin to w Wielkiej Brytanii nic nowego - kilka miesięcy temu widzów oburzyła BBC, która informację o napadzie w Londynie okrasiła komentarzem, że rabusie 'wyglądali na muzułmanów'.
Prawdziwe oburzenie wybuchło jednak w Polsce - media obiegła informacja o „rasistowskim” żarcie dziennikarza, ktory „poniżył” polskich emigrantow. Tymczasem wystarczy zajrzeć na którykolwiek z emigranckich portali (choćby londynek.net) by przekonać się, że ofert pracy dla budowlańców są setki, bo to głównie oni i sprzątaczki stanowią polską „siłę roboczą”.
O co więc chodzi? Zbyt prostym wytłumaczeniem jest często przytaczana przez psychologów społecznych teoria o mieszance polskiej megalomanii z kompleksem niższosci wobec bogatych krajów Zachodu, która daje o sobie znać w takich właśnie chwilach. Zatem może chodzi o przyzwyczajenie, któremu uległo spoleczeństwo w Polsce. Lubimy o sobie dobrze myśleć, a w ostatnim czasie ukazało sie wiele artykułów i materiałów telewizyjnych przedstawiających sukces, który odnieśli emigranci w Zjednoczonym Królestwie. Ludzie ci, zaczynając od przysłowiowego zmywaka, doszli do managerskich stanowisk, wspinając sie skutecznie po społecznej i zawodowej drabinie Wielkiej Brytanii.

Świadczy to o długim marszu, ktory odbyło spoleczenstwo: od dumy i zachwytu nad 'polskim hydraulikiem', wykonującym za granicą prace fizyczną, mało prestiżową, nieskomplikowaną i nie wymagajacą lat edukacji, do dzisiejszej urazy, wręcz obrażania się, gdy pracujący za granicą Polak skojarzy się obcokrajowcowi z „fizolem”. W społecznej świadomości polski emigrant już tak nie pracuje.

Bo rzeczywiście wielu już tak nie pracuje. Napomknął o tym nawet zeszłej jesieni Newsweek, prezentujac portrety polskich profesjonalistów pracujacych w największych londyńskich firmach. To jest jednak tylko jedna strona medalu – dotycząca stosunkowo niewielkiej grupy osób, często bardzo dobrze wykształconych, którzy do UK jechali już „na gotowe”, bądź stosunkowo szybko znaleźli prace w dobrych firmach.

Wykrystalizowanie się polskich elit na obczyźnie potwierdzałoby tezy socjologów, że głównie takie - ambitne, obrotne, zdecydowane (a nie leniwe, tchórzliwe, nieudaczne) jednostki wyjeżdżają na obczyznę. Niestety, obserwując polskie emigranckie życie i pracę w Londynie, gdzie od ponad roku mieszka autor tekstu, można dojść tez do zupełnie przeciwnych, smutnych wniosków.

Peter jest managerem w jednej z największych londyńskich firm transportowych. Dba, by w zatrudniającym 700 osob przedsiębiorstwie działały wszystkie urządzenia i instalacje. Pod jego rozkazami jest 30 pracowników, z tego kilkuosobowa grupa sprzataczek, w większosci z Polski.
- Pod względem zawodowym nie mam do Polaków większych zastrzeżeń. Pracują jak wszyscy, czasem lepiej, czasem gorzej - mówi Peter, który swoją rolę jako managera pojmuje nie tylko jako rozdzielającego zadania i sprawdzającego ich wykonanie. - Zawsze robię wszystko, żeby moi ludzie rozwijali się. Mogę przytoczyć wiele przykladów osób, które sam awansowałem w moim departamencie. Z elektryków stali sie managerami. Robię wszystko, żeby moi ludzie rozwijali sie zawodowo i umysłowo - tlumaczy. Tym tropem podąża tez jego firma, która bierze udział w ogólnobrytyjskim programie „Investors in People” („Inwestujacy w ludzi”). W takim mieście jak Londyn, gdzie rodowici Brytyjczycy stanowią tylko 40% ludności, jednym z głównych wyzwań jest nauka angielskiego - zwłaszcza dla pracowników wykonujących proste i słabo płatne prace, takie jak sprzątanie. To dlatego, że podejmują je głównie imigranci słabo lub prawie w ogóle nie posługujący się językiem angielskim.

W wiekszości dotyczy to polskich pracowników Petera. Z jego opowieści wynika, że Polacy głównie języka angielskiego nie znaja, albo znają go tylko na tyle, żeby ledwie zrozumieć proste polecenia. Nie potrafią przeczytać ogloszeń, ktore pojawiaja się w firmie, nie umieją odpowiedzieć na zwyczajowe zaczepki pracowników. O awansie mogą tylko pomarzyć, nie potrafiąc złożyć w obcym języku choćby jednego gramatycznie poprawnego zdania.
- Do niedawna zatrudniałem asystentkę, ktora tłumaczyła wszystko, co chcialem im przekazać, ale ona odeszła z pracy. Teraz muszę sobie radzić inaczej - utyskuje Peter dodając, że komunikacja z Polakami zajmuje mu dwa razy więcej czasu niż z innymi pracownikami. Wbrew pozorom nie denerwuje go to, że jego polscy pracownicy nie mowią po angielsku. Nikt przecież nie rodzi się poliglotą. - Najbardziej wkurza mnie, że oni nie chcą sie uczyć. Nie mogę tego zrozumieć, mimo że w naszej firmie przyjęte jest, ze ludzie uczący sie języka dostają podwyżkę. I co? I nic - mówi Peter. Przytacza typowy według niego przykład dziewczyny, która pracuje w jego departamencie już od czterech lat. - Dziesiątki razy obiecywała, że zacznie się uczyć angielskiego, chodziła tydzień albo dwa, potem przestawała. Ja już sie poddałem, choć prywatnie bardzo mnie to denerwuje, wyobrażacie sobie imigranta w Polsce, ktory przyjeżdża do pracy i odmawia nauki jezyka? - nie może się nadziwić Peter. W tej samej firmie sprząta polskie małżeństwo, które od kilkunastu lat nie mieszka w Polsce. Oboje, mimo 50-tki na karku, angielskim posługują się ledwo-ledwo, wciąż wykonując byle jakie, słabo platne fizyczne prace.

Bardzo wielu emigrantów przywozi też ze sobą najgorsze polskie cechy. - Ja tego nigdy nie zrozumiem, bo to dzieje sie tylko z Polakami - mówi Peter. Co ma na myśli? Częste wzajemne animozje, wojny, bezinteresowną zawiść, donoszenie na siebie, złośliwe plotki, kłótnie i podstawianie sobie nóg. Zdaniem Petera („a pracuje u nas co najmniej kilkanaście narodowości”) Polacy to jedyna nacja, która, pracując w grupie powoduje, że grupa ta rozsadzana jest od środka jak dynamitem. - Czasem nie da sie tego znieść, wzajemne pretensje jednych do drugich uniemożliwiają normalna pracę. Co jakiś czas trzeba bawić się w sędziego i rozstrzygać jakieś absurdalne spory - mowi Peter.

Skad to sie bierze? Z pewnością m.in. z braku wykształcenia. Z Polski, kraju odtrąbionego z dumą „sukcesu edukacyjnego” przyjeżdżają masy często ledwo dukających po angielsku ludzi, z małych ośrodków, z nikłymi kompetencjami, byle jakim wykształceniem, gotowe podjąć byle jaką pracę, której znalezienie wydaje się być tak dużym sukcesem, że wyczerpuje zapas ambicji. Można dość okrutnie stwierdzić, że często przyjeżdżają ludzie, ktorzy także w rodzinnym kraju niewiele by osiągnęli. Na emigracji w dalszym ciągu są nikim, tyle że w brytyjskich dekoracjach i za większe pieniądze. Ale niewiele większe: nigdy nie osiągną statusu brytyjskiej klasy średniej, wypełniając jedynie wobec niej funkcje służebne - kelner, sprzątaczka, będąc w dodatku stałym klientem pomocy społecznej. Powiedzmy to wreszcie głośno: Polska z pewnością za granicę nie wysłała orłów, profesorów wszechnauk, którzy podbiją kraj, lecz kogoś, kogo Anglicy nazywaja 'lower class' – słabo wykształconą klasę robotniczą. To być może przyczyna, dla której osiadła już w Wielkiej Brytanii Polonia z takim szokiem przyjęła kolejne fale emigracji po 1989 r. „Oni przywieźli ze sobą najgorsze możliwe słownictwo. Dla nas, urodzonych tu i wychowanych, najgorszym przekleństwem było „psiakrew” czy „cholera”. Aż tu nagle same „k...” i to nie czasem, tylko co drugie słowo. Do tego prostackie zwyczaje, gwizdanie na dziewczyny, picie alkoholu w parkach, ogolone głowy i oczywiście ani be, ani me po angielsku. Nagle okazało się, że w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym, POSK, trzeba montować zamki, stawiać ochroniarzy, bo zaczęły się kradzieże, pojawili się polscy bezdomni itp.” - wspominał w jednym z wiosennych numerów „Gońca” Wiktor Moszczyński, urodzony w Wielkiej Brytanii polski dziennikarz i działacz społeczny.

Brak kompetencji, by podjąć „lepsze” prace za granicą wystawia fatalne świadectwo systemowi edukacyjnemu w „starym kraju”. Tych wykonujących najprostsze prace jest przecież o wiele większa liczba, niż opiewana w artykułach, rozpychajaca sie w City nieliczna polska elita.

Zadziwiającym spostrzeżeniem jest, że ta elita nie chce mieć nic wspólnego z polskimi sprzątaczkami. Normą jest, że pracujący na wyższych stanowiskach Polacy nie przyznają się do swoich rodaków „na szmacie”. - Kto jest kim, dowiadujemy się z korytarzowych plotek, kiedy ktoś przypadkiem podsłucha, że to wyniosłe panisko mówi do telefonu po polsku - tłumaczy Marzena, sprzataczka w jednej z londyńskich firm. - Nic nie poradzę, wstydzę sie ich - odpowiada Tomasz, dziennikarz jednej z prywatnych telewizji w Londynie. Tak - niezbyt napawające dumą - często wygladają wzajemne stosunki Polaków z różnych imigranckich kast.

Z powodu bariery językowej kuleje też integracja ze społeczeństwem Wielkiej Brytanii.
- „Nowa Polonia”, w odróżnieniu od „starej”, wojennej i powojennej, ma tendencję do gettoizacji – zauważa wspomniany już Wiktor Moszczyński. - Są polskie sklepy, polskie kościoły, właściwie można z powodzeniem udawać, że mieszka się w Polsce.
Tymczasem polska prasa na Wyspach coraz częściej zauważa, że zarówno liczba imigrantów z Polski, jak i trudności w integracji mogą wpłynąć na wzajemne stosunki. „Dopiero teraz Brytyjczycy budzą się, powoli otwierając oczy i nie mogąc rozpoznać własnego kraju, który zapełnili ubodzy mieszkańcy z bardziej lub mniej odległych krajów” - pisze Polish Express (wyd. 450, 20.09.13), nazywając imigrację „irytującym narodowym ciężarem”, który „nie wiadomo, czy nie zje kraju żywcem”. Gazeta wróży, że mimo wszystko gros polskich imigrantów zostanie w Anglii. Jaki z tego wniosek? Musi przyspieszyć integracja (a z czasem wręcz asymilacja jakiejś części polskiej imigracji i ich potomków). Niestety, Polacy nie angażują sie w życie Wielkiej Brytanii – z badań wynika, że w wyborach lokalnych (samorządowych) bierze udział zaledwie 20% uprawnionych imigrantów z Polski - wyraźnie widać powielanie najgorszych zwyczajów polskiego 'społeczeństwa antyobywatelskiego' – bierność i obojętność oraz skupienie wyłącznie na sobie.

No dobrze - skoro tak mizerne bywają kompetencje wielu polskich imigrantów wykonujących najemne prace, to może chociaż polski biznes „daje radę” i „podbija Wielką Brytanię'? Liczbę drobnych polskich firm można liczyć tu przecież w dziesiątkach tysięcy. Ostro konkurują, lecz głównie między sobą: zakres usług świadczonych przez polskich przedsiębiorców jest niezmiernie monotonny i zawężony do kilku branż. Przede wszystkim są to sklepy spożywcze. Tylko w Londynie jest ich więcej niż 150 i wciąż powstają nowe. Jak pisał zimą 'The Guardian', wszystkie są identyczne - na małej powierzchni stłoczone maksimum towaru, który nieomal spada na głowy klientom. Zdziwienie reporterki wzbudziło też bogactwo zup, sosów, ziół, dodatków, granulatów, przypraw i mikstur w celofanowych torebkach. Wszystkie sklepy mają też ten sam asortyment nie odbiegający od przeciętnej polskiej 'Żabki'. I w niemal żadnym nie można płacić kartą, bo właściciel z gospodarskim sprytem oszczędza na prowizjach bankowych.
Rzut oka do polonijnego tygodnika „Cooltura” ujawnia inne przodujące branże: na ostatnich stronach pisma mrowi się bezlik firm skupujących złom żelazny i stalowy (reklamowane najczęściej przez blond piękności w kusym odzieniu, za to z grubym kawałem metalowej rury). Skąd polscy imigranci mają tyle złomu? Jest też co najmniej kilkanaście ogłoszeń firm wywozu śmieci (okraszonych zdjęciami śmieciarek w akcji), są też rusztowania - składanie-rozkładanie-wynajem, warsztaty samochodowe i oczywiście dziesiątki „przewozów osób” z i na lotniska plus transport paczek. Wszystkie te prace, przy całym szacunku dla przedsiębiorczości, nie wymagają zbyt wysokich kwalifikacji, lat edukacji i dyplomów. Sprawiają raczej wrażenie, że ich założyciele jedni od drugich ściągali pomysły i know-how. Przygnębiająco brak czegoś, co nazywa się „pomysłem na biznes”, polskich przedsiębiorców, którzy nie przerabiają odpadków, śmieci i złomu, nie reperują cudzych aut lub nie wożą obcych ludzi. Próżno szukać tak poszukiwanej i cenionej innowacyjności w biznesie, jakiegoś błysku, który pomógłby odróżnić jedną firmę od drugiej, skoro wszystkie reklamują się identycznie: jeśli złom, to blondynka z rurą, a jak polski sklep, to zdjęcia szynek i kiełbasy. Przygnębiającą „takosamość” widać zwłaszcza w polskich „restauracjach”, czyli po prostu niedrogich jadłodajniach z identycznym menu w całej Wielkiej Brytanii: wiecznie te same schabowe, pierogi, pomidorowe i placki po węgiersku. Nawet założona przez młodych ludzi pierogarnia, której właściciele co tydzień sprzedają gorące wyroby na słynnym pchlim targu w Camden Town, poraża przewidywalnością menu - pierogi ruskie, pierogi z mięsem i pierogi z kapustą i grzybami, choć nawet laik w tej dziedzinie może wymyślić przynajmniej kilkanaście innych nadzień, od owocowych po szpinakowe czy z soczewicą. Ta firma zadowala się jednak byle czym.
Oczywiście na rynku roi się też od jedno-, dwuosobowych firemek sprzątających mieszkania bogatych Anglików.

Podobnie nudne, bez wyrazu i większych perspektyw są lansowane przez polonijne portale tzw. pomysły na biznes. Jeden z nich podaje przykład pani Zofii, która szukała pomysłu na siebie i swój biznes. I znalazła - prasowanie koszul. Od pewnego czasu każdy dzień spędza nad żelazkiem i deską do prasowania. Co prawda odniosła pewien sukces – nie upadła i zarabia na siebie, ale czy jest to prawdziwy sukces rynkowy i firma – spełnienie marzeń?

To wygląda, jakby Polakom brakło ambicji - szczytem jest punkt skupu złomu lub spożywczak. To pozwala z jednej strony związać koniec z końcem, ale z drugiej to zbyt mała skala, by zrobić krok naprzód, naprawdę „podbić brytyjski rynek”, jak o polskich przedsiębiorcach lubi pisać krajowa prasa. Jak do tej pory powstał np. tylko jeden „chain”, czyli sieć. Jak można przewidzieć, jest to sieć sklepów spożywczych „Mleczko” - od nazwiska właściciela. Liczy mniej niż 10 sklepów. Trudno więc przypuszczać, żeby w przewidywalnej przyszłości podjęła konkurencję z jakąkolwiek siecią handlową, o Tesco nie wspominając. Zwłaszcza, że daleko stąd do innowacyjności, bo co innowacyjnego można wymyślić w dziedzinie sklepu spożywczego?