środa, 19 lutego 2014

Sprzątaczki.


I tak REDAKTOR znów napisał artykuł.


Powiedzmy to wreszcie głośno: Polska za granicę nie wysłała orłów, profesorów wszechnauk, lecz kogoś, kogo Anglicy nazywają „lower class” - klasę robotniczą, niewyczerpany rezerwuar taniej siły roboczej wykonującej najgorsze prace.

Październik 2013 r. W brytyjskiej prywatnej telewizji ITV trwa transmisja meczu Anglia-Czarnogóra. W przerwie komentatorzy podsumowują pierwszą połowę. Jeden z nich to znany z niewyparzonego języka Adrian Chiles, który popisuje się żartem o polskich budowlancach, którzy mogą stać się groźni, jeśli Polska przegra mecz z Anglią (co się zresztą stało). Wybucha skandal: do ITV dzwoni kilkudziesięciu oburzonych widzów, domagajac sie przeprosin od dziennikarza.
Oburzeni telewidzowie dzwoniący do redakcji z żądaniem przeprosin to w Wielkiej Brytanii nic nowego - kilka miesięcy temu widzów oburzyła BBC, która informację o napadzie w Londynie okrasiła komentarzem, że rabusie 'wyglądali na muzułmanów'.
Prawdziwe oburzenie wybuchło jednak w Polsce - media obiegła informacja o „rasistowskim” żarcie dziennikarza, ktory „poniżył” polskich emigrantow. Tymczasem wystarczy zajrzeć na którykolwiek z emigranckich portali (choćby londynek.net) by przekonać się, że ofert pracy dla budowlańców są setki, bo to głównie oni i sprzątaczki stanowią polską „siłę roboczą”.
O co więc chodzi? Zbyt prostym wytłumaczeniem jest często przytaczana przez psychologów społecznych teoria o mieszance polskiej megalomanii z kompleksem niższosci wobec bogatych krajów Zachodu, która daje o sobie znać w takich właśnie chwilach. Zatem może chodzi o przyzwyczajenie, któremu uległo spoleczeństwo w Polsce. Lubimy o sobie dobrze myśleć, a w ostatnim czasie ukazało sie wiele artykułów i materiałów telewizyjnych przedstawiających sukces, który odnieśli emigranci w Zjednoczonym Królestwie. Ludzie ci, zaczynając od przysłowiowego zmywaka, doszli do managerskich stanowisk, wspinając sie skutecznie po społecznej i zawodowej drabinie Wielkiej Brytanii.

Świadczy to o długim marszu, ktory odbyło spoleczenstwo: od dumy i zachwytu nad 'polskim hydraulikiem', wykonującym za granicą prace fizyczną, mało prestiżową, nieskomplikowaną i nie wymagajacą lat edukacji, do dzisiejszej urazy, wręcz obrażania się, gdy pracujący za granicą Polak skojarzy się obcokrajowcowi z „fizolem”. W społecznej świadomości polski emigrant już tak nie pracuje.

Bo rzeczywiście wielu już tak nie pracuje. Napomknął o tym nawet zeszłej jesieni Newsweek, prezentujac portrety polskich profesjonalistów pracujacych w największych londyńskich firmach. To jest jednak tylko jedna strona medalu – dotycząca stosunkowo niewielkiej grupy osób, często bardzo dobrze wykształconych, którzy do UK jechali już „na gotowe”, bądź stosunkowo szybko znaleźli prace w dobrych firmach.

Wykrystalizowanie się polskich elit na obczyźnie potwierdzałoby tezy socjologów, że głównie takie - ambitne, obrotne, zdecydowane (a nie leniwe, tchórzliwe, nieudaczne) jednostki wyjeżdżają na obczyznę. Niestety, obserwując polskie emigranckie życie i pracę w Londynie, gdzie od ponad roku mieszka autor tekstu, można dojść tez do zupełnie przeciwnych, smutnych wniosków.

Peter jest managerem w jednej z największych londyńskich firm transportowych. Dba, by w zatrudniającym 700 osob przedsiębiorstwie działały wszystkie urządzenia i instalacje. Pod jego rozkazami jest 30 pracowników, z tego kilkuosobowa grupa sprzataczek, w większosci z Polski.
- Pod względem zawodowym nie mam do Polaków większych zastrzeżeń. Pracują jak wszyscy, czasem lepiej, czasem gorzej - mówi Peter, który swoją rolę jako managera pojmuje nie tylko jako rozdzielającego zadania i sprawdzającego ich wykonanie. - Zawsze robię wszystko, żeby moi ludzie rozwijali się. Mogę przytoczyć wiele przykladów osób, które sam awansowałem w moim departamencie. Z elektryków stali sie managerami. Robię wszystko, żeby moi ludzie rozwijali sie zawodowo i umysłowo - tlumaczy. Tym tropem podąża tez jego firma, która bierze udział w ogólnobrytyjskim programie „Investors in People” („Inwestujacy w ludzi”). W takim mieście jak Londyn, gdzie rodowici Brytyjczycy stanowią tylko 40% ludności, jednym z głównych wyzwań jest nauka angielskiego - zwłaszcza dla pracowników wykonujących proste i słabo płatne prace, takie jak sprzątanie. To dlatego, że podejmują je głównie imigranci słabo lub prawie w ogóle nie posługujący się językiem angielskim.

W wiekszości dotyczy to polskich pracowników Petera. Z jego opowieści wynika, że Polacy głównie języka angielskiego nie znaja, albo znają go tylko na tyle, żeby ledwie zrozumieć proste polecenia. Nie potrafią przeczytać ogloszeń, ktore pojawiaja się w firmie, nie umieją odpowiedzieć na zwyczajowe zaczepki pracowników. O awansie mogą tylko pomarzyć, nie potrafiąc złożyć w obcym języku choćby jednego gramatycznie poprawnego zdania.
- Do niedawna zatrudniałem asystentkę, ktora tłumaczyła wszystko, co chcialem im przekazać, ale ona odeszła z pracy. Teraz muszę sobie radzić inaczej - utyskuje Peter dodając, że komunikacja z Polakami zajmuje mu dwa razy więcej czasu niż z innymi pracownikami. Wbrew pozorom nie denerwuje go to, że jego polscy pracownicy nie mowią po angielsku. Nikt przecież nie rodzi się poliglotą. - Najbardziej wkurza mnie, że oni nie chcą sie uczyć. Nie mogę tego zrozumieć, mimo że w naszej firmie przyjęte jest, ze ludzie uczący sie języka dostają podwyżkę. I co? I nic - mówi Peter. Przytacza typowy według niego przykład dziewczyny, która pracuje w jego departamencie już od czterech lat. - Dziesiątki razy obiecywała, że zacznie się uczyć angielskiego, chodziła tydzień albo dwa, potem przestawała. Ja już sie poddałem, choć prywatnie bardzo mnie to denerwuje, wyobrażacie sobie imigranta w Polsce, ktory przyjeżdża do pracy i odmawia nauki jezyka? - nie może się nadziwić Peter. W tej samej firmie sprząta polskie małżeństwo, które od kilkunastu lat nie mieszka w Polsce. Oboje, mimo 50-tki na karku, angielskim posługują się ledwo-ledwo, wciąż wykonując byle jakie, słabo platne fizyczne prace.

Bardzo wielu emigrantów przywozi też ze sobą najgorsze polskie cechy. - Ja tego nigdy nie zrozumiem, bo to dzieje sie tylko z Polakami - mówi Peter. Co ma na myśli? Częste wzajemne animozje, wojny, bezinteresowną zawiść, donoszenie na siebie, złośliwe plotki, kłótnie i podstawianie sobie nóg. Zdaniem Petera („a pracuje u nas co najmniej kilkanaście narodowości”) Polacy to jedyna nacja, która, pracując w grupie powoduje, że grupa ta rozsadzana jest od środka jak dynamitem. - Czasem nie da sie tego znieść, wzajemne pretensje jednych do drugich uniemożliwiają normalna pracę. Co jakiś czas trzeba bawić się w sędziego i rozstrzygać jakieś absurdalne spory - mowi Peter.

Skad to sie bierze? Z pewnością m.in. z braku wykształcenia. Z Polski, kraju odtrąbionego z dumą „sukcesu edukacyjnego” przyjeżdżają masy często ledwo dukających po angielsku ludzi, z małych ośrodków, z nikłymi kompetencjami, byle jakim wykształceniem, gotowe podjąć byle jaką pracę, której znalezienie wydaje się być tak dużym sukcesem, że wyczerpuje zapas ambicji. Można dość okrutnie stwierdzić, że często przyjeżdżają ludzie, ktorzy także w rodzinnym kraju niewiele by osiągnęli. Na emigracji w dalszym ciągu są nikim, tyle że w brytyjskich dekoracjach i za większe pieniądze. Ale niewiele większe: nigdy nie osiągną statusu brytyjskiej klasy średniej, wypełniając jedynie wobec niej funkcje służebne - kelner, sprzątaczka, będąc w dodatku stałym klientem pomocy społecznej. Powiedzmy to wreszcie głośno: Polska z pewnością za granicę nie wysłała orłów, profesorów wszechnauk, którzy podbiją kraj, lecz kogoś, kogo Anglicy nazywaja 'lower class' – słabo wykształconą klasę robotniczą. To być może przyczyna, dla której osiadła już w Wielkiej Brytanii Polonia z takim szokiem przyjęła kolejne fale emigracji po 1989 r. „Oni przywieźli ze sobą najgorsze możliwe słownictwo. Dla nas, urodzonych tu i wychowanych, najgorszym przekleństwem było „psiakrew” czy „cholera”. Aż tu nagle same „k...” i to nie czasem, tylko co drugie słowo. Do tego prostackie zwyczaje, gwizdanie na dziewczyny, picie alkoholu w parkach, ogolone głowy i oczywiście ani be, ani me po angielsku. Nagle okazało się, że w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym, POSK, trzeba montować zamki, stawiać ochroniarzy, bo zaczęły się kradzieże, pojawili się polscy bezdomni itp.” - wspominał w jednym z wiosennych numerów „Gońca” Wiktor Moszczyński, urodzony w Wielkiej Brytanii polski dziennikarz i działacz społeczny.

Brak kompetencji, by podjąć „lepsze” prace za granicą wystawia fatalne świadectwo systemowi edukacyjnemu w „starym kraju”. Tych wykonujących najprostsze prace jest przecież o wiele większa liczba, niż opiewana w artykułach, rozpychajaca sie w City nieliczna polska elita.

Zadziwiającym spostrzeżeniem jest, że ta elita nie chce mieć nic wspólnego z polskimi sprzątaczkami. Normą jest, że pracujący na wyższych stanowiskach Polacy nie przyznają się do swoich rodaków „na szmacie”. - Kto jest kim, dowiadujemy się z korytarzowych plotek, kiedy ktoś przypadkiem podsłucha, że to wyniosłe panisko mówi do telefonu po polsku - tłumaczy Marzena, sprzataczka w jednej z londyńskich firm. - Nic nie poradzę, wstydzę sie ich - odpowiada Tomasz, dziennikarz jednej z prywatnych telewizji w Londynie. Tak - niezbyt napawające dumą - często wygladają wzajemne stosunki Polaków z różnych imigranckich kast.

Z powodu bariery językowej kuleje też integracja ze społeczeństwem Wielkiej Brytanii.
- „Nowa Polonia”, w odróżnieniu od „starej”, wojennej i powojennej, ma tendencję do gettoizacji – zauważa wspomniany już Wiktor Moszczyński. - Są polskie sklepy, polskie kościoły, właściwie można z powodzeniem udawać, że mieszka się w Polsce.
Tymczasem polska prasa na Wyspach coraz częściej zauważa, że zarówno liczba imigrantów z Polski, jak i trudności w integracji mogą wpłynąć na wzajemne stosunki. „Dopiero teraz Brytyjczycy budzą się, powoli otwierając oczy i nie mogąc rozpoznać własnego kraju, który zapełnili ubodzy mieszkańcy z bardziej lub mniej odległych krajów” - pisze Polish Express (wyd. 450, 20.09.13), nazywając imigrację „irytującym narodowym ciężarem”, który „nie wiadomo, czy nie zje kraju żywcem”. Gazeta wróży, że mimo wszystko gros polskich imigrantów zostanie w Anglii. Jaki z tego wniosek? Musi przyspieszyć integracja (a z czasem wręcz asymilacja jakiejś części polskiej imigracji i ich potomków). Niestety, Polacy nie angażują sie w życie Wielkiej Brytanii – z badań wynika, że w wyborach lokalnych (samorządowych) bierze udział zaledwie 20% uprawnionych imigrantów z Polski - wyraźnie widać powielanie najgorszych zwyczajów polskiego 'społeczeństwa antyobywatelskiego' – bierność i obojętność oraz skupienie wyłącznie na sobie.

No dobrze - skoro tak mizerne bywają kompetencje wielu polskich imigrantów wykonujących najemne prace, to może chociaż polski biznes „daje radę” i „podbija Wielką Brytanię'? Liczbę drobnych polskich firm można liczyć tu przecież w dziesiątkach tysięcy. Ostro konkurują, lecz głównie między sobą: zakres usług świadczonych przez polskich przedsiębiorców jest niezmiernie monotonny i zawężony do kilku branż. Przede wszystkim są to sklepy spożywcze. Tylko w Londynie jest ich więcej niż 150 i wciąż powstają nowe. Jak pisał zimą 'The Guardian', wszystkie są identyczne - na małej powierzchni stłoczone maksimum towaru, który nieomal spada na głowy klientom. Zdziwienie reporterki wzbudziło też bogactwo zup, sosów, ziół, dodatków, granulatów, przypraw i mikstur w celofanowych torebkach. Wszystkie sklepy mają też ten sam asortyment nie odbiegający od przeciętnej polskiej 'Żabki'. I w niemal żadnym nie można płacić kartą, bo właściciel z gospodarskim sprytem oszczędza na prowizjach bankowych.
Rzut oka do polonijnego tygodnika „Cooltura” ujawnia inne przodujące branże: na ostatnich stronach pisma mrowi się bezlik firm skupujących złom żelazny i stalowy (reklamowane najczęściej przez blond piękności w kusym odzieniu, za to z grubym kawałem metalowej rury). Skąd polscy imigranci mają tyle złomu? Jest też co najmniej kilkanaście ogłoszeń firm wywozu śmieci (okraszonych zdjęciami śmieciarek w akcji), są też rusztowania - składanie-rozkładanie-wynajem, warsztaty samochodowe i oczywiście dziesiątki „przewozów osób” z i na lotniska plus transport paczek. Wszystkie te prace, przy całym szacunku dla przedsiębiorczości, nie wymagają zbyt wysokich kwalifikacji, lat edukacji i dyplomów. Sprawiają raczej wrażenie, że ich założyciele jedni od drugich ściągali pomysły i know-how. Przygnębiająco brak czegoś, co nazywa się „pomysłem na biznes”, polskich przedsiębiorców, którzy nie przerabiają odpadków, śmieci i złomu, nie reperują cudzych aut lub nie wożą obcych ludzi. Próżno szukać tak poszukiwanej i cenionej innowacyjności w biznesie, jakiegoś błysku, który pomógłby odróżnić jedną firmę od drugiej, skoro wszystkie reklamują się identycznie: jeśli złom, to blondynka z rurą, a jak polski sklep, to zdjęcia szynek i kiełbasy. Przygnębiającą „takosamość” widać zwłaszcza w polskich „restauracjach”, czyli po prostu niedrogich jadłodajniach z identycznym menu w całej Wielkiej Brytanii: wiecznie te same schabowe, pierogi, pomidorowe i placki po węgiersku. Nawet założona przez młodych ludzi pierogarnia, której właściciele co tydzień sprzedają gorące wyroby na słynnym pchlim targu w Camden Town, poraża przewidywalnością menu - pierogi ruskie, pierogi z mięsem i pierogi z kapustą i grzybami, choć nawet laik w tej dziedzinie może wymyślić przynajmniej kilkanaście innych nadzień, od owocowych po szpinakowe czy z soczewicą. Ta firma zadowala się jednak byle czym.
Oczywiście na rynku roi się też od jedno-, dwuosobowych firemek sprzątających mieszkania bogatych Anglików.

Podobnie nudne, bez wyrazu i większych perspektyw są lansowane przez polonijne portale tzw. pomysły na biznes. Jeden z nich podaje przykład pani Zofii, która szukała pomysłu na siebie i swój biznes. I znalazła - prasowanie koszul. Od pewnego czasu każdy dzień spędza nad żelazkiem i deską do prasowania. Co prawda odniosła pewien sukces – nie upadła i zarabia na siebie, ale czy jest to prawdziwy sukces rynkowy i firma – spełnienie marzeń?

To wygląda, jakby Polakom brakło ambicji - szczytem jest punkt skupu złomu lub spożywczak. To pozwala z jednej strony związać koniec z końcem, ale z drugiej to zbyt mała skala, by zrobić krok naprzód, naprawdę „podbić brytyjski rynek”, jak o polskich przedsiębiorcach lubi pisać krajowa prasa. Jak do tej pory powstał np. tylko jeden „chain”, czyli sieć. Jak można przewidzieć, jest to sieć sklepów spożywczych „Mleczko” - od nazwiska właściciela. Liczy mniej niż 10 sklepów. Trudno więc przypuszczać, żeby w przewidywalnej przyszłości podjęła konkurencję z jakąkolwiek siecią handlową, o Tesco nie wspominając. Zwłaszcza, że daleko stąd do innowacyjności, bo co innowacyjnego można wymyślić w dziedzinie sklepu spożywczego?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz