I tak REDAKTOR znów napisał artykuł.
Powiedzmy
to wreszcie głośno: Polska za granicę nie wysłała orłów,
profesorów wszechnauk, lecz kogoś, kogo Anglicy nazywają „lower
class” - klasę robotniczą, niewyczerpany rezerwuar taniej siły
roboczej wykonującej najgorsze prace.
Październik
2013 r. W brytyjskiej prywatnej telewizji ITV trwa transmisja meczu
Anglia-Czarnogóra. W przerwie komentatorzy podsumowują pierwszą
połowę. Jeden z nich to znany z niewyparzonego języka Adrian
Chiles, który popisuje się żartem o polskich budowlancach, którzy
mogą stać się groźni, jeśli Polska przegra mecz z Anglią (co się zresztą
stało). Wybucha skandal: do ITV dzwoni kilkudziesięciu oburzonych
widzów, domagajac sie przeprosin od dziennikarza.
Oburzeni
telewidzowie dzwoniący do redakcji z żądaniem przeprosin to w
Wielkiej Brytanii nic nowego - kilka miesięcy temu widzów oburzyła
BBC, która informację o napadzie w Londynie okrasiła komentarzem,
że rabusie 'wyglądali na muzułmanów'.
Prawdziwe
oburzenie wybuchło jednak w Polsce - media obiegła informacja o
„rasistowskim” żarcie dziennikarza, ktory „poniżył”
polskich emigrantow. Tymczasem wystarczy zajrzeć na którykolwiek z emigranckich portali (choćby londynek.net) by przekonać się, że
ofert pracy dla budowlańców są setki, bo to głównie oni i
sprzątaczki stanowią polską „siłę roboczą”.
O
co więc chodzi? Zbyt prostym wytłumaczeniem jest często
przytaczana przez psychologów społecznych teoria o mieszance
polskiej megalomanii z kompleksem niższosci wobec bogatych krajów
Zachodu, która daje o sobie znać w takich właśnie chwilach. Zatem
może chodzi o przyzwyczajenie, któremu uległo spoleczeństwo w
Polsce. Lubimy o sobie dobrze myśleć, a w ostatnim czasie ukazało
sie wiele artykułów i materiałów telewizyjnych przedstawiających
sukces, który odnieśli emigranci w Zjednoczonym Królestwie. Ludzie
ci, zaczynając od przysłowiowego zmywaka, doszli do managerskich
stanowisk, wspinając sie skutecznie po społecznej i zawodowej
drabinie Wielkiej Brytanii.
Świadczy
to o długim marszu, ktory odbyło spoleczenstwo: od dumy i zachwytu
nad 'polskim hydraulikiem', wykonującym za granicą prace fizyczną,
mało prestiżową, nieskomplikowaną i nie wymagajacą lat edukacji,
do dzisiejszej urazy, wręcz obrażania się, gdy pracujący za
granicą Polak skojarzy się obcokrajowcowi z „fizolem”. W
społecznej świadomości polski emigrant już tak nie pracuje.
Bo
rzeczywiście wielu już tak nie pracuje. Napomknął o tym nawet
zeszłej jesieni Newsweek, prezentujac portrety polskich
profesjonalistów pracujacych w największych londyńskich firmach.
To jest jednak tylko jedna strona medalu – dotycząca stosunkowo
niewielkiej grupy osób, często bardzo dobrze wykształconych,
którzy do UK jechali już „na gotowe”, bądź stosunkowo szybko
znaleźli prace w dobrych firmach.
Wykrystalizowanie
się polskich elit na obczyźnie potwierdzałoby tezy socjologów, że
głównie takie - ambitne, obrotne, zdecydowane (a nie leniwe,
tchórzliwe, nieudaczne) jednostki wyjeżdżają na obczyznę.
Niestety, obserwując polskie emigranckie życie i pracę w Londynie,
gdzie od ponad roku mieszka autor tekstu, można dojść tez do
zupełnie przeciwnych, smutnych wniosków.
Peter
jest managerem w jednej z największych londyńskich firm transportowych. Dba, by w zatrudniającym 700 osob
przedsiębiorstwie działały wszystkie urządzenia i instalacje. Pod
jego rozkazami jest 30 pracowników, z tego kilkuosobowa grupa
sprzataczek, w większosci z Polski.
-
Pod względem zawodowym nie mam do Polaków większych zastrzeżeń.
Pracują jak wszyscy, czasem lepiej, czasem gorzej - mówi Peter, który
swoją rolę jako managera pojmuje nie tylko jako rozdzielającego
zadania i sprawdzającego ich wykonanie. - Zawsze robię wszystko,
żeby moi ludzie rozwijali się. Mogę przytoczyć wiele przykladów
osób, które sam awansowałem w moim departamencie. Z elektryków
stali sie managerami. Robię wszystko, żeby moi ludzie rozwijali sie
zawodowo i umysłowo - tlumaczy. Tym tropem podąża tez jego firma,
która bierze udział w ogólnobrytyjskim programie „Investors in
People” („Inwestujacy w ludzi”). W takim mieście jak Londyn,
gdzie rodowici Brytyjczycy stanowią tylko 40% ludności, jednym z
głównych wyzwań jest nauka angielskiego - zwłaszcza dla
pracowników wykonujących proste i słabo płatne prace, takie jak
sprzątanie. To dlatego, że podejmują je głównie imigranci słabo
lub prawie w ogóle nie posługujący się językiem angielskim.
W
wiekszości dotyczy to polskich pracowników Petera. Z jego opowieści
wynika, że Polacy głównie języka angielskiego nie znaja, albo
znają go tylko na tyle, żeby ledwie zrozumieć proste polecenia.
Nie potrafią przeczytać ogloszeń, ktore pojawiaja się w firmie,
nie umieją odpowiedzieć na zwyczajowe zaczepki pracowników. O
awansie mogą tylko pomarzyć, nie potrafiąc złożyć w obcym
języku choćby jednego gramatycznie poprawnego zdania.
-
Do niedawna zatrudniałem asystentkę, ktora tłumaczyła wszystko,
co chcialem im przekazać, ale ona odeszła z pracy. Teraz muszę
sobie radzić inaczej - utyskuje Peter dodając, że komunikacja z
Polakami zajmuje mu dwa razy więcej czasu niż z innymi
pracownikami. Wbrew pozorom nie denerwuje go to, że jego polscy
pracownicy nie mowią po angielsku. Nikt przecież nie rodzi się
poliglotą. - Najbardziej wkurza mnie, że oni nie chcą sie uczyć.
Nie mogę tego zrozumieć, mimo że w naszej firmie przyjęte jest,
ze ludzie uczący sie języka dostają podwyżkę. I co? I nic - mówi
Peter. Przytacza typowy według niego przykład dziewczyny, która
pracuje w jego departamencie już od czterech lat. - Dziesiątki razy
obiecywała, że zacznie się uczyć angielskiego, chodziła tydzień
albo dwa, potem przestawała. Ja już sie poddałem, choć prywatnie
bardzo mnie to denerwuje, wyobrażacie sobie imigranta w Polsce,
ktory przyjeżdża do pracy i odmawia nauki jezyka? - nie może się
nadziwić Peter. W tej samej firmie sprząta polskie małżeństwo, które od kilkunastu lat nie mieszka w Polsce. Oboje, mimo 50-tki na karku, angielskim
posługują się ledwo-ledwo, wciąż wykonując byle jakie, słabo
platne fizyczne prace.
Bardzo
wielu emigrantów przywozi też ze sobą najgorsze polskie cechy. -
Ja tego nigdy nie zrozumiem, bo to dzieje sie tylko z Polakami - mówi
Peter. Co ma na myśli? Częste wzajemne animozje, wojny,
bezinteresowną zawiść, donoszenie na siebie, złośliwe plotki,
kłótnie i podstawianie sobie nóg. Zdaniem Petera („a pracuje u
nas co najmniej kilkanaście narodowości”) Polacy to jedyna nacja,
która, pracując w grupie powoduje, że grupa ta rozsadzana jest od
środka jak dynamitem. - Czasem nie da sie tego znieść, wzajemne
pretensje jednych do drugich uniemożliwiają normalna pracę. Co
jakiś czas trzeba bawić się w sędziego i rozstrzygać jakieś
absurdalne spory - mowi Peter.
Skad
to sie bierze? Z pewnością m.in. z braku wykształcenia. Z Polski,
kraju odtrąbionego z dumą „sukcesu edukacyjnego” przyjeżdżają
masy często ledwo dukających po angielsku ludzi, z małych
ośrodków, z nikłymi kompetencjami, byle jakim wykształceniem,
gotowe podjąć byle jaką pracę, której znalezienie wydaje się
być tak dużym sukcesem, że wyczerpuje zapas ambicji. Można dość
okrutnie stwierdzić, że często przyjeżdżają ludzie, ktorzy
także w rodzinnym kraju niewiele by osiągnęli. Na emigracji w
dalszym ciągu są nikim, tyle że w brytyjskich dekoracjach i za
większe pieniądze. Ale niewiele większe: nigdy nie osiągną
statusu brytyjskiej klasy średniej, wypełniając jedynie wobec niej
funkcje służebne - kelner, sprzątaczka, będąc w dodatku stałym klientem pomocy społecznej. Powiedzmy to wreszcie
głośno: Polska z pewnością za granicę nie wysłała orłów, profesorów
wszechnauk, którzy podbiją kraj, lecz kogoś, kogo Anglicy nazywaja
'lower class' – słabo wykształconą klasę robotniczą. To być
może przyczyna, dla której osiadła już w Wielkiej Brytanii
Polonia z takim szokiem przyjęła kolejne fale emigracji po 1989 r.
„Oni przywieźli ze sobą najgorsze możliwe słownictwo. Dla nas,
urodzonych tu i wychowanych, najgorszym przekleństwem było
„psiakrew” czy „cholera”. Aż tu nagle same „k...” i to
nie czasem, tylko co drugie słowo. Do tego prostackie zwyczaje,
gwizdanie na dziewczyny, picie alkoholu w parkach, ogolone głowy i
oczywiście ani be, ani me po angielsku. Nagle okazało się, że w
Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym, POSK, trzeba montować
zamki, stawiać ochroniarzy, bo zaczęły się kradzieże, pojawili
się polscy bezdomni itp.” - wspominał w jednym z wiosennych
numerów „Gońca” Wiktor Moszczyński, urodzony w Wielkiej
Brytanii polski dziennikarz i działacz społeczny.
Brak
kompetencji, by podjąć „lepsze” prace za granicą wystawia
fatalne świadectwo systemowi edukacyjnemu w „starym kraju”. Tych
wykonujących najprostsze prace jest przecież o wiele większa
liczba, niż opiewana w artykułach, rozpychajaca sie w City
nieliczna polska elita.
Zadziwiającym
spostrzeżeniem jest, że ta elita nie chce mieć nic wspólnego z
polskimi sprzątaczkami. Normą jest, że pracujący na wyższych
stanowiskach Polacy nie przyznają się do swoich rodaków „na
szmacie”. - Kto jest kim, dowiadujemy się z korytarzowych plotek,
kiedy ktoś przypadkiem podsłucha, że to wyniosłe panisko mówi do
telefonu po polsku - tłumaczy Marzena, sprzataczka w jednej z
londyńskich firm. - Nic nie poradzę, wstydzę sie ich - odpowiada
Tomasz, dziennikarz jednej z prywatnych telewizji w Londynie. Tak -
niezbyt napawające dumą - często wygladają wzajemne stosunki
Polaków z różnych imigranckich kast.
Z
powodu bariery językowej kuleje też integracja ze społeczeństwem
Wielkiej Brytanii.
-
„Nowa Polonia”, w odróżnieniu od „starej”, wojennej i
powojennej, ma tendencję do gettoizacji – zauważa wspomniany już
Wiktor Moszczyński. - Są polskie sklepy, polskie kościoły,
właściwie można z powodzeniem udawać, że mieszka się w Polsce.
Tymczasem
polska prasa na Wyspach coraz częściej zauważa, że zarówno liczba
imigrantów z Polski, jak i trudności w integracji mogą wpłynąć na wzajemne stosunki. „Dopiero teraz Brytyjczycy budzą się,
powoli otwierając oczy i nie mogąc rozpoznać własnego kraju,
który zapełnili ubodzy mieszkańcy z bardziej lub mniej odległych
krajów” - pisze Polish Express (wyd. 450, 20.09.13), nazywając imigrację „irytującym narodowym ciężarem”, który „nie
wiadomo, czy nie zje kraju żywcem”. Gazeta wróży, że mimo
wszystko gros polskich imigrantów zostanie w Anglii. Jaki z tego
wniosek? Musi przyspieszyć integracja (a z czasem wręcz asymilacja
jakiejś części polskiej imigracji i ich potomków). Niestety,
Polacy nie angażują sie w życie Wielkiej Brytanii – z badań
wynika, że w wyborach lokalnych (samorządowych) bierze udział
zaledwie 20% uprawnionych imigrantów z Polski - wyraźnie widać
powielanie najgorszych zwyczajów polskiego 'społeczeństwa
antyobywatelskiego' – bierność i obojętność oraz skupienie
wyłącznie na sobie.
No
dobrze - skoro tak mizerne bywają kompetencje wielu polskich
imigrantów wykonujących najemne prace, to może chociaż polski
biznes „daje radę” i „podbija Wielką Brytanię'? Liczbę
drobnych polskich firm można liczyć tu przecież w dziesiątkach tysięcy. Ostro konkurują, lecz głównie między sobą: zakres usług
świadczonych przez polskich przedsiębiorców jest niezmiernie
monotonny i zawężony do kilku branż. Przede wszystkim są to
sklepy spożywcze. Tylko w Londynie jest ich więcej niż 150 i wciąż
powstają nowe. Jak pisał zimą 'The Guardian', wszystkie są
identyczne - na małej powierzchni stłoczone maksimum towaru, który
nieomal spada na głowy klientom. Zdziwienie reporterki wzbudziło też bogactwo zup, sosów, ziół, dodatków, granulatów, przypraw i
mikstur w celofanowych torebkach. Wszystkie sklepy mają też ten sam
asortyment nie odbiegający od przeciętnej polskiej 'Żabki'. I w
niemal żadnym nie można płacić kartą, bo właściciel z
gospodarskim sprytem oszczędza na prowizjach bankowych.
Rzut
oka do polonijnego tygodnika „Cooltura” ujawnia inne przodujące branże: na ostatnich stronach pisma mrowi się bezlik firm skupujących złom żelazny i stalowy (reklamowane najczęściej
przez blond piękności w kusym odzieniu, za to z grubym kawałem metalowej rury). Skąd polscy imigranci mają tyle złomu? Jest też
co najmniej kilkanaście ogłoszeń firm wywozu śmieci (okraszonych zdjęciami
śmieciarek w akcji), są też rusztowania -
składanie-rozkładanie-wynajem, warsztaty samochodowe i oczywiście
dziesiątki „przewozów osób” z i na lotniska plus transport
paczek. Wszystkie te prace, przy całym szacunku dla
przedsiębiorczości, nie wymagają zbyt wysokich kwalifikacji, lat
edukacji i dyplomów. Sprawiają raczej wrażenie, że ich
założyciele jedni od drugich ściągali pomysły i know-how. Przygnębiająco brak czegoś, co nazywa się „pomysłem na biznes”,
polskich przedsiębiorców, którzy nie przerabiają odpadków, śmieci
i złomu, nie reperują cudzych aut lub nie wożą obcych ludzi.
Próżno szukać tak poszukiwanej i cenionej innowacyjności w
biznesie, jakiegoś błysku, który pomógłby odróżnić jedną firmę
od drugiej, skoro wszystkie reklamują się identycznie: jeśli złom, to
blondynka z rurą, a jak polski sklep, to zdjęcia szynek i kiełbasy.
Przygnębiającą „takosamość” widać zwłaszcza w polskich
„restauracjach”, czyli po prostu niedrogich jadłodajniach z
identycznym menu w całej Wielkiej Brytanii: wiecznie te same
schabowe, pierogi, pomidorowe i placki po węgiersku. Nawet założona
przez młodych ludzi pierogarnia, której właściciele co tydzień
sprzedają gorące wyroby na słynnym pchlim targu w Camden Town,
poraża przewidywalnością menu - pierogi ruskie, pierogi z mięsem i
pierogi z kapustą i grzybami, choć nawet laik w tej dziedzinie może wymyślić przynajmniej kilkanaście innych nadzień, od owocowych po szpinakowe czy z soczewicą. Ta firma zadowala się jednak byle czym.
Oczywiście na rynku roi się też od jedno-, dwuosobowych firemek sprzątających mieszkania bogatych Anglików.
Podobnie
nudne, bez wyrazu i większych perspektyw są lansowane przez
polonijne portale tzw. pomysły na biznes. Jeden z nich podaje
przykład pani Zofii, która szukała pomysłu na siebie i swój biznes. I znalazła - prasowanie koszul. Od pewnego
czasu każdy dzień spędza nad żelazkiem i deską do prasowania. Co
prawda odniosła pewien sukces – nie upadła i zarabia na siebie,
ale czy jest to prawdziwy sukces rynkowy i firma – spełnienie
marzeń?
To
wygląda, jakby Polakom brakło ambicji - szczytem jest punkt skupu
złomu lub spożywczak. To pozwala z jednej strony związać koniec z
końcem, ale z drugiej to zbyt mała skala, by zrobić krok
naprzód, naprawdę „podbić brytyjski rynek”, jak o polskich
przedsiębiorcach lubi pisać krajowa prasa. Jak do tej pory powstał np. tylko jeden „chain”, czyli sieć. Jak można przewidzieć,
jest to sieć sklepów spożywczych „Mleczko” - od nazwiska
właściciela. Liczy mniej niż 10 sklepów. Trudno więc
przypuszczać, żeby w przewidywalnej przyszłości podjęła
konkurencję z jakąkolwiek siecią handlową, o Tesco nie
wspominając. Zwłaszcza, że daleko stąd do innowacyjności, bo co
innowacyjnego można wymyślić w dziedzinie sklepu spożywczego?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz