środa, 19 lutego 2014

Nadmiar.

Co innego REDAKTOR. On uważa - zupełnie tak jak inni nie uważają - uważa, ze Primark jest przerażający. A co gorsza, stal się na trasie wycieczek zupełnie obowiązkowym punktem od kiedy otworzyli na Oxford Street, największej handlowej ulicy miasta, a przynajmniej najbardziej znanej, a już na pewno nieznośnie, wiecznie i męcząco zatłoczonej ludzko, jak i autobusowo, jak i taksówkowo, bo zwykłe auta nie maja tam wjazdu, i co z tego - konstatuje REDAKTOR, skoro przejechanie autobusem tej ulicy zajmuje dobre pól godziny? Więc od kiedy otworzyli sklep flagowy, zachodnia okolica tej ulicy już do końca stała się nie do przejścia, bo nie dość, że wiecznie tarasują ją tłumy, to jeszcze tłumy te obnoszą się z torbami, nie: jedną torbą na zakupy, lecz torbami dwoma, pięcioma, wieloma, kartonowymi, z dużymi literami, że to własnie Primark. W ten sposób - a wystarczyło otworzyć jeden sklep, choć firma przecież była tu już znana mniej czy więcej - żeby wywołać amok zakupów, a firma, która od początku była celowana jako tania, tańsza i najtańsza - to dosłownie odzieżowe Tesco, gdzie liczy się tylko niska cena nagle awansowała o sto oczek. Ale to nawet nie przeraża tak REDAKTORA, bo on wie, że żyje w miejscu, gdzie cena to król, im niższa, tym lepsza w porównaniu do wyższej przedtem, czyli nieważne, ile wydałeś, ważne, ile oszczędziłeś. No to oszczędzają, i to właśnie tak jest okropne dla REDAKTORA, bo Primarki są miejscami dla REDAKTORA okropnymi, i to od wejścia. Zapewne, konstatuje REDAKTOR, to z powodu niemożliwego tłoku, że wszyscy po sobie depczą, potrącają, tłoczą się, przepychają, przy okazji zrzucając tony ubrań na podłogę, a na dodatek wszędzie kręcą się pod nogami wrzeszczące dzieci, a być może - zastanawia się REDAKTOR - chodzi, że miedzy stosami tych ubrań jest strasznie mało miejsca, szmaty napierają z każdej strony, efektywnie wykorzystując powierzchnię handlową do absurdu, a wszystkie te szmaty - to tez REDAKTORA przeraża - wymiętolone, przebrane, przymierzone dwieście razy, rzucone bezładnie, walające się, zdeptane, nawet te rzucone na wielkie stosy nie wyglądają lepiej, bo przecież w Primarku nie chodzi o to, żeby wyglądało lepiej, chcesz mieć lepiej, to idź do porządnego sklepu, tylko żeby każdy skuszony niską ceną nawrzucał jak najwięcej w te kosze i leciał to kasy, która też jest przygnębiająca, ustalił REDAKTOR, bo zawsze czeka tam ze 40 osób i pól godziny.Tak wiec sklep ten jest ogromnie przygnębiający, z racji tez tego amoku, który tam ogarnia, przymierzania tego w alejkach, tego tłumu, ale przede wszystkim REDAKTOR jest przygnębiony, bo w tym Primarku widać jak na dłoni bezmyślność jednak systemu - tak konstatuje REDAKTOR bezustannie - który doprowadził do powstania Primarków. I tak REDAKTOR ma te reminiscencje z Dnia Świra, co on tak siedzi na fotelu, bezsensowne inserty* rzuca z gazety na ziemię, a tam drzewa się walą i walą, które trzeba było ściąć, żeby te bzdety wydrukować, takie reminiscencje ma REDAKTOR, jak stoi do kasy w tym Primarku, a tam jak się tak stoi i stoi, to jedna wielka lada się ciągnie samoobsługowa się, pełna najgorszego szajsu, jaki może wymyślić chiński przemysł, od znaczków z One Direction, gąbki Hello Kitty, ognie sztuczne, szminki dla dziewczynek, choć dziś to nic nie wiadomo, więc może i dla chłopców, żelki, setki, tysiące bezsensownych gadżetów z plastiku, i jak się tak patrzy na to wszystko, to REDAKTOR od razu obsesyjnie te drzewa widzi, te inserty i o tym, ile ten zalew głupoty musiał kosztować materiałów, prądu, paliwa, żeby to wszystko wyprodukować, wywieźć, przewieźć, dowieźć i jak bez sensu były te koszty poniesione, tylko po to, żeby zadowolić chwilowy kaprys jakiejś rozwydrzonej pięciolatki, a potem i tak to powędruje do kosza, a potem go gdzieś tu spalą w spalarni, i tak to właśnie wygląda i końca tego nie widać, a matka Ziemia jęczy coraz głośniej, a w Bangladeszu te maszyny do szycia jeszcze szybciej, jak te planety wirują i wirują, tak sobie myśli REDAKTOR, sam jęcząc bardzo głośno na widok tego marnotrawstwa, już nie mówiąc, że do kasy jeszcze ze 20 osób z koszami pełnymi szmat, a on ma tylko rękawiczki, za to dwie pary za funta, wstyd nie kupić, opylka, wiec kupują, a potem zadzierają nosa tymi torbami z papieru (szarego a jakże, bo przecież ekologia). Z drugiej strony podziwiać należy sukces, kmini REDAKTOR, który odniósł ktoś, kto wpadł na pomysł i przeprowadził strategię, że najtańsze ciuchy ze złych materiałów, szyte masowo gdzieś w jakichś walących się norach w Bangladeszu można przerobić na coś, co z duma się obnosi (w torbach) po największej handlowej ulicy miasta, i czy ten obłęd właśnie, który tam panuje, to własnie nie jest obliczony na wywołanie obłędu, który potem w domu się wspomina jak wyprzedaż w Harrodsie, że się wzięło udział w czymś niezwykłym, myśli REDAKTOR i robi krok, bo kolejka ruszyła o pięć centymetrów, a może, wpada REDAKTOROWI do głowy myśl, przecież on dużo czyta, to ma dużo myśli, i przecież bez przerwy czyta o oszczędnościach, które tutaj maja miejsce, a to obniżają zasiłki,
a to nałożyli kapselek ("cap") na kwotę, którą 
można otrzymać łącznie benefitów,
a to obcięli zasiłek jak się ma wolny pokój, w którym nikt nie mieszka (czyli można go wynająć),
i wszystko zawiera się w słowie "austerity", oszczędności,
i skoro wszyscy oszczędzają w społeczeństwie, które żyje handlem (cały tydzień telewizja i prasa po Narodzeniu młóciły wyniki sieci spożywczych, domów towarowych, no wiec Burberry lepiej niż się kto spodziewał, za to spożywczaki tylko 0,3 na plusie, no może oprócz Tesco, które na minusie, i tak dalej), to pewnie ten Primark jest zamiennikiem zakupów bardziej z gestem, kmini sobie REDAKTOR, a kolejka tymczasem wchodzi na ostatnią prostą! Bo jednak, konstatuje z lubością REDAKTOR, mimo ostatnich załamań i dwukrotnej recesji w 5 lat tutejszy poziom życia spadał z bardzo wysokiego konia, no i jak nietrudno się domyślić (tu REDAKTOR, trochę z nudów, a trochę dla czystego funu, bez trudności się domyślił) ciężko jest zrezygnować z tego i owego, zwłaszcza kiedy przez dziesięciolecia całe przyzwyczajało się już nawet nie tylko do dostatku, ale nawet do nadmiaru, i ten nadmiar jest bardzo tu widoczny np. w takim Primarku, gdzie po prostu rzuca się w oczy - nadmiar. Jeszcze ten nadmiar i to jednak nieco mniejsze, ale jednak finansowe bogactwo tego kraju rzuca się w oczy. Weźmy takie autobusy (tu REDAKTOR wziął, bo kolejka jakby na dłuższą chwilę stanęła), te autobusowe korki na Oxford Street, i na Whitehall zaraz obok Trafalgaru i w REDAKTORA okolicy, wystarczy czerwone światło i już po pięć, sześć, siedem autobusów jeden za drugim, dwupokladowe, jednopokladowe, w każdym razie czerwone, a już 
na pewno się trafia dwa albo i trzy tej samej linii, potem będą się wyprzedzać nawzajem, do tego ten wypasiony, za 3 mln zl sztuka, specjalnie projektowany, szpanerski Borisbus, najnowszy model kręcący się już w znacznej liczbie po ulicach, no wszystko to jednak powoduje, ze po prostu czuć tutaj kaskę w powietrzu i ten nadmiar różnych takich właśnie znaków, które te kaskę pomagają wyczuć. No i nawet te domki ich tutaj, no bo niby zima taka na niby, ale jednak nie lato, więc zawsze jednak chłodniej, no i normalni ludzie gotowaliby się na ten chłodek, a tu nic z tych rzeczy, domki typu jedna cegła na grubość, wielkie okna i dużo, za to pojedynczych, a nie podwójnych jak w zimnie, no i zawsze w nich jest jednak zimniej niż w domach, no ale co z tego, jak po prostu się włączało ogrzewanie i nikt nie liczył, ile to kosztuje, już nie mówiąc o dwutlenku, który frunął w powietrze z powodu tych japońskich papierowych domków. Ale, ale, łapie się REDAKTOR już przy kasie, znaczy włączało się, ale już się nie włącza, bo ten kryzys spowodował jakby wielkie zainteresowanie ociepleniem nagle domów, cenami gazu i w ogóle oraz szklarze tez się dorobili. Widać, ze kryzysik ma też dobre strony: kubełek zimnej wody jakby ktoś nagle wylał na głowę.

_____________________

* wkładki

Sprzątaczki.


I tak REDAKTOR znów napisał artykuł.


Powiedzmy to wreszcie głośno: Polska za granicę nie wysłała orłów, profesorów wszechnauk, lecz kogoś, kogo Anglicy nazywają „lower class” - klasę robotniczą, niewyczerpany rezerwuar taniej siły roboczej wykonującej najgorsze prace.

Październik 2013 r. W brytyjskiej prywatnej telewizji ITV trwa transmisja meczu Anglia-Czarnogóra. W przerwie komentatorzy podsumowują pierwszą połowę. Jeden z nich to znany z niewyparzonego języka Adrian Chiles, który popisuje się żartem o polskich budowlancach, którzy mogą stać się groźni, jeśli Polska przegra mecz z Anglią (co się zresztą stało). Wybucha skandal: do ITV dzwoni kilkudziesięciu oburzonych widzów, domagajac sie przeprosin od dziennikarza.
Oburzeni telewidzowie dzwoniący do redakcji z żądaniem przeprosin to w Wielkiej Brytanii nic nowego - kilka miesięcy temu widzów oburzyła BBC, która informację o napadzie w Londynie okrasiła komentarzem, że rabusie 'wyglądali na muzułmanów'.
Prawdziwe oburzenie wybuchło jednak w Polsce - media obiegła informacja o „rasistowskim” żarcie dziennikarza, ktory „poniżył” polskich emigrantow. Tymczasem wystarczy zajrzeć na którykolwiek z emigranckich portali (choćby londynek.net) by przekonać się, że ofert pracy dla budowlańców są setki, bo to głównie oni i sprzątaczki stanowią polską „siłę roboczą”.
O co więc chodzi? Zbyt prostym wytłumaczeniem jest często przytaczana przez psychologów społecznych teoria o mieszance polskiej megalomanii z kompleksem niższosci wobec bogatych krajów Zachodu, która daje o sobie znać w takich właśnie chwilach. Zatem może chodzi o przyzwyczajenie, któremu uległo spoleczeństwo w Polsce. Lubimy o sobie dobrze myśleć, a w ostatnim czasie ukazało sie wiele artykułów i materiałów telewizyjnych przedstawiających sukces, który odnieśli emigranci w Zjednoczonym Królestwie. Ludzie ci, zaczynając od przysłowiowego zmywaka, doszli do managerskich stanowisk, wspinając sie skutecznie po społecznej i zawodowej drabinie Wielkiej Brytanii.

Świadczy to o długim marszu, ktory odbyło spoleczenstwo: od dumy i zachwytu nad 'polskim hydraulikiem', wykonującym za granicą prace fizyczną, mało prestiżową, nieskomplikowaną i nie wymagajacą lat edukacji, do dzisiejszej urazy, wręcz obrażania się, gdy pracujący za granicą Polak skojarzy się obcokrajowcowi z „fizolem”. W społecznej świadomości polski emigrant już tak nie pracuje.

Bo rzeczywiście wielu już tak nie pracuje. Napomknął o tym nawet zeszłej jesieni Newsweek, prezentujac portrety polskich profesjonalistów pracujacych w największych londyńskich firmach. To jest jednak tylko jedna strona medalu – dotycząca stosunkowo niewielkiej grupy osób, często bardzo dobrze wykształconych, którzy do UK jechali już „na gotowe”, bądź stosunkowo szybko znaleźli prace w dobrych firmach.

Wykrystalizowanie się polskich elit na obczyźnie potwierdzałoby tezy socjologów, że głównie takie - ambitne, obrotne, zdecydowane (a nie leniwe, tchórzliwe, nieudaczne) jednostki wyjeżdżają na obczyznę. Niestety, obserwując polskie emigranckie życie i pracę w Londynie, gdzie od ponad roku mieszka autor tekstu, można dojść tez do zupełnie przeciwnych, smutnych wniosków.

Peter jest managerem w jednej z największych londyńskich firm transportowych. Dba, by w zatrudniającym 700 osob przedsiębiorstwie działały wszystkie urządzenia i instalacje. Pod jego rozkazami jest 30 pracowników, z tego kilkuosobowa grupa sprzataczek, w większosci z Polski.
- Pod względem zawodowym nie mam do Polaków większych zastrzeżeń. Pracują jak wszyscy, czasem lepiej, czasem gorzej - mówi Peter, który swoją rolę jako managera pojmuje nie tylko jako rozdzielającego zadania i sprawdzającego ich wykonanie. - Zawsze robię wszystko, żeby moi ludzie rozwijali się. Mogę przytoczyć wiele przykladów osób, które sam awansowałem w moim departamencie. Z elektryków stali sie managerami. Robię wszystko, żeby moi ludzie rozwijali sie zawodowo i umysłowo - tlumaczy. Tym tropem podąża tez jego firma, która bierze udział w ogólnobrytyjskim programie „Investors in People” („Inwestujacy w ludzi”). W takim mieście jak Londyn, gdzie rodowici Brytyjczycy stanowią tylko 40% ludności, jednym z głównych wyzwań jest nauka angielskiego - zwłaszcza dla pracowników wykonujących proste i słabo płatne prace, takie jak sprzątanie. To dlatego, że podejmują je głównie imigranci słabo lub prawie w ogóle nie posługujący się językiem angielskim.

W wiekszości dotyczy to polskich pracowników Petera. Z jego opowieści wynika, że Polacy głównie języka angielskiego nie znaja, albo znają go tylko na tyle, żeby ledwie zrozumieć proste polecenia. Nie potrafią przeczytać ogloszeń, ktore pojawiaja się w firmie, nie umieją odpowiedzieć na zwyczajowe zaczepki pracowników. O awansie mogą tylko pomarzyć, nie potrafiąc złożyć w obcym języku choćby jednego gramatycznie poprawnego zdania.
- Do niedawna zatrudniałem asystentkę, ktora tłumaczyła wszystko, co chcialem im przekazać, ale ona odeszła z pracy. Teraz muszę sobie radzić inaczej - utyskuje Peter dodając, że komunikacja z Polakami zajmuje mu dwa razy więcej czasu niż z innymi pracownikami. Wbrew pozorom nie denerwuje go to, że jego polscy pracownicy nie mowią po angielsku. Nikt przecież nie rodzi się poliglotą. - Najbardziej wkurza mnie, że oni nie chcą sie uczyć. Nie mogę tego zrozumieć, mimo że w naszej firmie przyjęte jest, ze ludzie uczący sie języka dostają podwyżkę. I co? I nic - mówi Peter. Przytacza typowy według niego przykład dziewczyny, która pracuje w jego departamencie już od czterech lat. - Dziesiątki razy obiecywała, że zacznie się uczyć angielskiego, chodziła tydzień albo dwa, potem przestawała. Ja już sie poddałem, choć prywatnie bardzo mnie to denerwuje, wyobrażacie sobie imigranta w Polsce, ktory przyjeżdża do pracy i odmawia nauki jezyka? - nie może się nadziwić Peter. W tej samej firmie sprząta polskie małżeństwo, które od kilkunastu lat nie mieszka w Polsce. Oboje, mimo 50-tki na karku, angielskim posługują się ledwo-ledwo, wciąż wykonując byle jakie, słabo platne fizyczne prace.

Bardzo wielu emigrantów przywozi też ze sobą najgorsze polskie cechy. - Ja tego nigdy nie zrozumiem, bo to dzieje sie tylko z Polakami - mówi Peter. Co ma na myśli? Częste wzajemne animozje, wojny, bezinteresowną zawiść, donoszenie na siebie, złośliwe plotki, kłótnie i podstawianie sobie nóg. Zdaniem Petera („a pracuje u nas co najmniej kilkanaście narodowości”) Polacy to jedyna nacja, która, pracując w grupie powoduje, że grupa ta rozsadzana jest od środka jak dynamitem. - Czasem nie da sie tego znieść, wzajemne pretensje jednych do drugich uniemożliwiają normalna pracę. Co jakiś czas trzeba bawić się w sędziego i rozstrzygać jakieś absurdalne spory - mowi Peter.

Skad to sie bierze? Z pewnością m.in. z braku wykształcenia. Z Polski, kraju odtrąbionego z dumą „sukcesu edukacyjnego” przyjeżdżają masy często ledwo dukających po angielsku ludzi, z małych ośrodków, z nikłymi kompetencjami, byle jakim wykształceniem, gotowe podjąć byle jaką pracę, której znalezienie wydaje się być tak dużym sukcesem, że wyczerpuje zapas ambicji. Można dość okrutnie stwierdzić, że często przyjeżdżają ludzie, ktorzy także w rodzinnym kraju niewiele by osiągnęli. Na emigracji w dalszym ciągu są nikim, tyle że w brytyjskich dekoracjach i za większe pieniądze. Ale niewiele większe: nigdy nie osiągną statusu brytyjskiej klasy średniej, wypełniając jedynie wobec niej funkcje służebne - kelner, sprzątaczka, będąc w dodatku stałym klientem pomocy społecznej. Powiedzmy to wreszcie głośno: Polska z pewnością za granicę nie wysłała orłów, profesorów wszechnauk, którzy podbiją kraj, lecz kogoś, kogo Anglicy nazywaja 'lower class' – słabo wykształconą klasę robotniczą. To być może przyczyna, dla której osiadła już w Wielkiej Brytanii Polonia z takim szokiem przyjęła kolejne fale emigracji po 1989 r. „Oni przywieźli ze sobą najgorsze możliwe słownictwo. Dla nas, urodzonych tu i wychowanych, najgorszym przekleństwem było „psiakrew” czy „cholera”. Aż tu nagle same „k...” i to nie czasem, tylko co drugie słowo. Do tego prostackie zwyczaje, gwizdanie na dziewczyny, picie alkoholu w parkach, ogolone głowy i oczywiście ani be, ani me po angielsku. Nagle okazało się, że w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym, POSK, trzeba montować zamki, stawiać ochroniarzy, bo zaczęły się kradzieże, pojawili się polscy bezdomni itp.” - wspominał w jednym z wiosennych numerów „Gońca” Wiktor Moszczyński, urodzony w Wielkiej Brytanii polski dziennikarz i działacz społeczny.

Brak kompetencji, by podjąć „lepsze” prace za granicą wystawia fatalne świadectwo systemowi edukacyjnemu w „starym kraju”. Tych wykonujących najprostsze prace jest przecież o wiele większa liczba, niż opiewana w artykułach, rozpychajaca sie w City nieliczna polska elita.

Zadziwiającym spostrzeżeniem jest, że ta elita nie chce mieć nic wspólnego z polskimi sprzątaczkami. Normą jest, że pracujący na wyższych stanowiskach Polacy nie przyznają się do swoich rodaków „na szmacie”. - Kto jest kim, dowiadujemy się z korytarzowych plotek, kiedy ktoś przypadkiem podsłucha, że to wyniosłe panisko mówi do telefonu po polsku - tłumaczy Marzena, sprzataczka w jednej z londyńskich firm. - Nic nie poradzę, wstydzę sie ich - odpowiada Tomasz, dziennikarz jednej z prywatnych telewizji w Londynie. Tak - niezbyt napawające dumą - często wygladają wzajemne stosunki Polaków z różnych imigranckich kast.

Z powodu bariery językowej kuleje też integracja ze społeczeństwem Wielkiej Brytanii.
- „Nowa Polonia”, w odróżnieniu od „starej”, wojennej i powojennej, ma tendencję do gettoizacji – zauważa wspomniany już Wiktor Moszczyński. - Są polskie sklepy, polskie kościoły, właściwie można z powodzeniem udawać, że mieszka się w Polsce.
Tymczasem polska prasa na Wyspach coraz częściej zauważa, że zarówno liczba imigrantów z Polski, jak i trudności w integracji mogą wpłynąć na wzajemne stosunki. „Dopiero teraz Brytyjczycy budzą się, powoli otwierając oczy i nie mogąc rozpoznać własnego kraju, który zapełnili ubodzy mieszkańcy z bardziej lub mniej odległych krajów” - pisze Polish Express (wyd. 450, 20.09.13), nazywając imigrację „irytującym narodowym ciężarem”, który „nie wiadomo, czy nie zje kraju żywcem”. Gazeta wróży, że mimo wszystko gros polskich imigrantów zostanie w Anglii. Jaki z tego wniosek? Musi przyspieszyć integracja (a z czasem wręcz asymilacja jakiejś części polskiej imigracji i ich potomków). Niestety, Polacy nie angażują sie w życie Wielkiej Brytanii – z badań wynika, że w wyborach lokalnych (samorządowych) bierze udział zaledwie 20% uprawnionych imigrantów z Polski - wyraźnie widać powielanie najgorszych zwyczajów polskiego 'społeczeństwa antyobywatelskiego' – bierność i obojętność oraz skupienie wyłącznie na sobie.

No dobrze - skoro tak mizerne bywają kompetencje wielu polskich imigrantów wykonujących najemne prace, to może chociaż polski biznes „daje radę” i „podbija Wielką Brytanię'? Liczbę drobnych polskich firm można liczyć tu przecież w dziesiątkach tysięcy. Ostro konkurują, lecz głównie między sobą: zakres usług świadczonych przez polskich przedsiębiorców jest niezmiernie monotonny i zawężony do kilku branż. Przede wszystkim są to sklepy spożywcze. Tylko w Londynie jest ich więcej niż 150 i wciąż powstają nowe. Jak pisał zimą 'The Guardian', wszystkie są identyczne - na małej powierzchni stłoczone maksimum towaru, który nieomal spada na głowy klientom. Zdziwienie reporterki wzbudziło też bogactwo zup, sosów, ziół, dodatków, granulatów, przypraw i mikstur w celofanowych torebkach. Wszystkie sklepy mają też ten sam asortyment nie odbiegający od przeciętnej polskiej 'Żabki'. I w niemal żadnym nie można płacić kartą, bo właściciel z gospodarskim sprytem oszczędza na prowizjach bankowych.
Rzut oka do polonijnego tygodnika „Cooltura” ujawnia inne przodujące branże: na ostatnich stronach pisma mrowi się bezlik firm skupujących złom żelazny i stalowy (reklamowane najczęściej przez blond piękności w kusym odzieniu, za to z grubym kawałem metalowej rury). Skąd polscy imigranci mają tyle złomu? Jest też co najmniej kilkanaście ogłoszeń firm wywozu śmieci (okraszonych zdjęciami śmieciarek w akcji), są też rusztowania - składanie-rozkładanie-wynajem, warsztaty samochodowe i oczywiście dziesiątki „przewozów osób” z i na lotniska plus transport paczek. Wszystkie te prace, przy całym szacunku dla przedsiębiorczości, nie wymagają zbyt wysokich kwalifikacji, lat edukacji i dyplomów. Sprawiają raczej wrażenie, że ich założyciele jedni od drugich ściągali pomysły i know-how. Przygnębiająco brak czegoś, co nazywa się „pomysłem na biznes”, polskich przedsiębiorców, którzy nie przerabiają odpadków, śmieci i złomu, nie reperują cudzych aut lub nie wożą obcych ludzi. Próżno szukać tak poszukiwanej i cenionej innowacyjności w biznesie, jakiegoś błysku, który pomógłby odróżnić jedną firmę od drugiej, skoro wszystkie reklamują się identycznie: jeśli złom, to blondynka z rurą, a jak polski sklep, to zdjęcia szynek i kiełbasy. Przygnębiającą „takosamość” widać zwłaszcza w polskich „restauracjach”, czyli po prostu niedrogich jadłodajniach z identycznym menu w całej Wielkiej Brytanii: wiecznie te same schabowe, pierogi, pomidorowe i placki po węgiersku. Nawet założona przez młodych ludzi pierogarnia, której właściciele co tydzień sprzedają gorące wyroby na słynnym pchlim targu w Camden Town, poraża przewidywalnością menu - pierogi ruskie, pierogi z mięsem i pierogi z kapustą i grzybami, choć nawet laik w tej dziedzinie może wymyślić przynajmniej kilkanaście innych nadzień, od owocowych po szpinakowe czy z soczewicą. Ta firma zadowala się jednak byle czym.
Oczywiście na rynku roi się też od jedno-, dwuosobowych firemek sprzątających mieszkania bogatych Anglików.

Podobnie nudne, bez wyrazu i większych perspektyw są lansowane przez polonijne portale tzw. pomysły na biznes. Jeden z nich podaje przykład pani Zofii, która szukała pomysłu na siebie i swój biznes. I znalazła - prasowanie koszul. Od pewnego czasu każdy dzień spędza nad żelazkiem i deską do prasowania. Co prawda odniosła pewien sukces – nie upadła i zarabia na siebie, ale czy jest to prawdziwy sukces rynkowy i firma – spełnienie marzeń?

To wygląda, jakby Polakom brakło ambicji - szczytem jest punkt skupu złomu lub spożywczak. To pozwala z jednej strony związać koniec z końcem, ale z drugiej to zbyt mała skala, by zrobić krok naprzód, naprawdę „podbić brytyjski rynek”, jak o polskich przedsiębiorcach lubi pisać krajowa prasa. Jak do tej pory powstał np. tylko jeden „chain”, czyli sieć. Jak można przewidzieć, jest to sieć sklepów spożywczych „Mleczko” - od nazwiska właściciela. Liczy mniej niż 10 sklepów. Trudno więc przypuszczać, żeby w przewidywalnej przyszłości podjęła konkurencję z jakąkolwiek siecią handlową, o Tesco nie wspominając. Zwłaszcza, że daleko stąd do innowacyjności, bo co innowacyjnego można wymyślić w dziedzinie sklepu spożywczego?

sobota, 7 grudnia 2013

Trudne bycie razem na Wyspach

Goniec Polski, Londyn, wiosna 2013

- Polską emigrację starej i nowej daty dzieli przepaść, ale nie ma między nimi muru. Jedni mieli poczucie misji i wciąż walczyli za Polskę. Drudzy to indywidualiści zorientowani na osobisty sukces i, chyba przede wszystkim, jak największe dochody – mówi Wiktor Moszczyński, urodzony w Wielkiej Brytanii syn polskich wojennych emigrantów


Grzegorz Lisicki: Czy w Wielkiej Brytanii istnieje Polonia?
Wiktor Moszczyński: Tutaj nie ma i nigdy nie było czegoś takiego jak „Polonia”. Jest emigracja. To stąd, że „Polonia” kojarzyła się z komunistyczną Polską, bo to za PRL używano tego słowa. A „emigracja” z tymi, którzy nie chcieli do takiej Polski wracać. Trzeba więc spytać, czy istnieje tu emigracyjna społeczność polska. Tak, istnieje, podobnie jak kulturowa tożsamość, harcerstwo, msze, kluby, własne kościoły. Wytworzyła się anglo-polska kultura. Jest więc integracja, ale nie asymilacja. Stara emigracja wymiera, a my, ich potomkowie, uważamy siebie i za Polaków, i za Brytyjczyków.
Teraz żyje w Wielkiej Brytanii nie mniej niż 600 tys. rdzennych Polaków.
Nie będę oryginalny mówiąc, że nikt się tego nie spodziewał, łącznie z rządem. Z racji mojego zawodu miałem okazję rozmawiać z tutejszym wiceministrem spraw wewnętrznych. Spodziewali się 13 tys. Polaków rocznie. Ja wątpiłem, mówiłem o 200 tysiącach. A i tak pomyliłem się o setki tysięcy! Myśmy tu nigdy nie uważali, że nawet wielka liczba Polaków będzie dla Wielkiej Brytanii jakąś tragedią, bo tutejsi Polacy wyrobili sobie świetną renomę. Oczekiwaliśmy mniej więcej tego samego po przybyszach z Polski. Ale - niestety - muszę przyznać, że pierwsze doświadczenia z emigrantami z Polski wystawiły tutejsze społeczeństwo, w tym nas, na ciężką próbę.
Co to znaczy?
Do Wielkiej Brytanii polscy obywatele napływali falami i każda była dla nas szokiem. Pierwsza fala we wczesnych latach 90., kiedy nagle pojawiło się bardzo dużo Romów, którzy zasłynęli tym, że domagali się azylu politycznego. Szok, bo komunizm upadł, Polska wolna, a tu nagle ktoś prosi o polityczny azyl. A to było po jakichś zamieszkach antyromskich w Mławie. Drugi szok był kulturowy, bo w miarę jak granice UK się z wolna otwierały, przybywało też i Polaków. Oni przywieźli ze sobą najgorsze możliwe słownictwo. Dla nas, urodzonych tu i wychowanych, najgorszym przekleństwem było „psiakrew” czy „cholera”. Aż tu nagle same „k...” i to nie czasem, tylko co drugie słowo. Do tego prostackie zwyczaje, gwizdanie na dziewczyny, picie alkoholu w parkach, ogolone głowy i oczywiście ani be, ani me po angielsku. Nagle okazało się, że w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym, POSK, trzeba montować zamki, stawiać ochroniarzy, bo zaczęły się kradzieże, pojawili się polscy bezdomni itp.
Było wiele konfliktów w Chingford, północny Londyn, gdzie osiadło wielu takich przybyszy i ścierało się z liczną tam diasporą Hindusów.
Dla nas było to przerażające, dla Anglików też, zaczęły się pojawiać wyjątkowo wredne, antypolskie artykuły w Daily Mail i innych brukowcach. Dlatego pewne zjawiska w fali emigracji po 2005 r. już nas nie zdziwiły. Spodziewaliśmy się, że wśród „normalnych” ludzi trafią się i tacy, o których będą rozpisywać się brukowce. Mieliśmy to już przepracowane.
Tak jest do dziś?
Oczywiście że nie. To już wygasło, ci nieokrzesani ludzie to najczęściej już przeszłość. Część wyjechała, część osiadła i z czasem „zangliczała”.
Zangliczała?
Wyciszyli się, nabrali tutejszych zwyczajów, nawet prowadząc auta już robią to po angielsku, czyli spokojnie i przestrzegając przepisów. Ale kosztowało to kilka lat zamętu i wiele dramatów dorastających dzieci, które rodzice nagle zabrali z Polski i wrzucili w zupełnie obce środowisko i język, często - przez pieniądze - w bardzo niedobrych dzielnicach. Niedaleko mojego domu w Acton były regularne bijatyki polskich „gangów” nastolatków z „gangami” czarnoskórej młodzieży na tle rasowym, jedni drugim kazali wracać do Polski albo do Somalii, z tym że ci z Somalii mieli obronę w nauczycielach, bo taka odzywka tutaj już podpada pod rasizm. „Wracaj do Polski” jeszcze nie, no i na tym tle były bijatyki. To wszystko było dla nas bardzo obce i bardzo niezrozumiałe. Ale jednak stara emigracja próbowała coś robić, żeby jakoś zagospodarować tych przybyszy. W POSK otworzył się np. polski żłobek, który urządzał spotkania dla matek.
Ale jednak różnice są.
To, co odróżnia młodą emigrację od starej, to częsta tendencja do gettoizacji. Są polskie sklepy, fryzjerzy, księgowi, agencje nieruchomości. Do tego dookoła tylu Polaków. Z powodzeniem można udawać, że żyje się w Polsce, ale w angielskich dekoracjach. Mnie to osobiście smuci, bo świadczy o zamknięciu w swoim ciasnym słoiczku no i często też o braku ochoty do nauki języka.
Zauważamy też, że nowa emigracja się bardzo rozwarstwiła w porównaniu do starej. Jedni odnieśli sukces, inni wegetują jako sprzątaczki. Coraz częściej, i to nas cieszy, słychać jednak o polskim sukcesie. Wiem z doświadczenia, ilu „nowych” Polaków pracuje np. w tutejszym sądzie gospodarczym, ilu jest polskich managerów w czołowych firmach. W tej ambicji celują zwłaszcza Polki.
Stara emigracja traktowała swoje życie na obczyźnie jako przedłużenie walki o Polskę. Nie chcieli przyjmować PRL-owskich paszportów, ale też i brytyjskiego obywatelstwa. Tworzyli lobby popierające polskie starania o NATO i UE, itd. Wciąż to poczucie obowiązku, dziejowej misji. Nowi przyjezdni to indywidualiści, chcą dobrej pracy i płacy. Patriotyczne uniesienia są nie dla nich. Zamiast włączać się w działania „starych” organizacji, pozakładali własne. Widać, że na ogół między pokoleniami starej i nowej emigracji jest przepaść, ale nie ma muru.
Choć te mury są często na siłę tworzone, tak jak np. przez władze Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, które zdecydowały np. że nie uznają nowo przyjezdnej Polonii jako autentycznych spadkobierców patriotycznej Polski i mimo protestów zamykają wszędzie swe domy i kola. Walczę z tym, ale zarząd jest nieubłagany.
Czy takie rowy można zasypać?
Można. Choć to trudne, bo występuje też „tymczasowość” nowych. Są kiedyś badania Michała Garapicha z uniwersytetu w Roehampton, z których wynikało, że tylko 20 proc. imigrantów z Polski twierdziło, że zostanie na stałe, 60 proc. jest tu „na trochę”, a reszta nie wiedziała. Na szczęście z nowych badań wynika coś zupełnie odwrotnego - większość już zostanie w UK.
Co się stało?
Dzieci. One zmieniają całą perspektywę i to z ich powodu Polacy chcą tu zostać. A jeśli chcą, to nic nie stoi na przeszkodzie, by włączyć się w działalność organizowaną przez starą Polonię, np. zapisać dzieci do szkółki sobotniej. Te 3 godziny w sobotę to znakomity sposób na nauczenie i zachowanie polskich tradycji i historii u dzieci. Przy okazji i rodzice poznają się wzajemnie z organizatorami szkółek.
A coś łączy te dwie emigracje?
To, co zawsze: kościoły, szkoły sobotnie, jakieś tam wspólne poczucie dumy narodowej. Prawdziwe połączenie tych dwóch emigracji jest dopiero przed nami.
Dlaczego?
Wielka Brytania stoi u progu referendum, które zdecyduje o jej wyjściu z Unii. Kiedy zacznie się publiczna debata trzeba będzie, żeby polscy emigranci - niezależnie od wieku i poglądów – połączyli siły i bardzo mocno, wspólnie, zaakcentowali swój sprzeciw.
Rozmawiał: Grzegorz Lisicki


Wiktor Moszczyński, ur. 1946 w Londynie, dziennikarz, potomek polskich emigrantów, zaangażowany w życie lokalnej polskiej i brytyjskiej społeczności. Był m.in. wiceprzewodniczącym Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii, angażował się m.in. w zniesienie wiz dla Polaków. Był dziennikarzem lokalnych londyńskich gazet, napisał książkę „Hello, I'm Your Polish Neighbour”, obecnie prowadzi bloga „Polak Londynczyk”. Wyróżniony polskim Orderem Zasługi i odznaką honorową Bene Merito nadawaną przez MSZ.  

czwartek, 5 grudnia 2013

Tęsknoty.

Albo o tęsknocie, wywołany do tablicy zrywa się REDAKTOR, by opowiedzieć, otóż wcale nie jest, ale dotyczy to być może tylko REDAKTORA, który nie wie przecież, co to są uczucia zbliżone do ludzkich, i tutaj pogłębia jeszcze ukochane skurwysyństwo, które ciągnie się za REDAKTOREM jak tren pachnący i które tak licznie do niego przyciągają młodzież jak nie przymierzając do Wojtyły czy innego subito. Tak wiec jaka tęsknota, drwi REDAKTOR, łatwo mu mówić w sumie, to przecież rok z kawałkiem dopiero, jak wyjechał stamtąd, gdzie go nie ma, wiec jak ma tęsknić do tych mazurków oraz Dąbrowskiego względnie Chopina czy też na święta zakorzenionej tak w tradycji Wielkiej Nocy (tu klęka), i tych wierzb mazowieckich prawda oraz musztardy sarepskiej i parówek Sokołów? Zwłaszcza, że mazurek może sobie puścić z jutuba oraz Chopina, czy tez upiec, a parówki, noooo tych w Londynie nie brakuje, można też jak również zajrzeć do polskiego sklepu, których tutaj więcej niż punktów Betako, po ichniemu prawda Ladbrokes czy coś inne.
Także nie jest tak. Oczywiście, że czasami ma REDAKTOR wrażenie, ze od kiedy nie ma go tam, to tam się więcej np. dzieje i powiedzmy nawet, że otworzyli coś na grobie dawnej Klatki z dawnymi grzechami, czyli brakiem szatni na przykład. Ale wystarczy pójść do centrum, pójść do Fabric, pójść do Fire, pójść tu czy tam pójść, żeby przekonać się, że to zwykle złudzenie, że lepiej gdzie nas nie ma, myśli REDAKTOR i - jak to REDAKTOR - ma rację.
Oczywiście byłoby lepiej, żeby znajomi REDAKTORA też tu byli, nawet zaczęli przeciekać po jednym, i żeby można było się przejść tu i tam, no ale ich nie ma, to co będzie sobie REDAKTOR zawracał głowę tym, co by mogło być, jakkolwiek byłoby to bardzo miło.
Generalnie nie skupia się REDAKTOR za bardzo na drobnych tęsknotach i psich smutkach. Fakt jest taki, że nie ma na to za bardzo czasu, a poza tym skurwysyński pogląd REDAKTORA jest taki, żeś jak już wyjechał, debilu, to się tego trzymaj, w tył się nie oglądaj, zajmij się sobą, zamiast płakać w poduszkę, gdy dookoła życie aż furkocze od atrakcji, no ale to już kwestia szczęścia i nastawienia, dla tych, dla których to ostatni akt desperacji życiowej w obliczu walenia łbem w tę zgniłą polską ścianę, dla nich będzie to męka, dla takich jak REDAKTOR to przygoda, zwłaszcza jak się zna język i ma się ciśnienie, żeby ten język zgłębiać, i to jest właśnie dobre, i to jest właśnie najlepsze uczucie, jak się kupi gazetę i rozumie się, co tam piszą, no wiadomo, że nie w stu procentach, ale co cieszy REDAKTORA, nieznanych słówek są raptem szczątki, cieszy zwłaszcza, że z wolna zaczął łapać tez kontekst, jednym słowem poznawać życie codzienne kraju, i już wie, co to są różne pojęcia jak HS2 czy bedroom tax oraz dowiedział się, że Sussex, a może Essex, to brytyjski Wąchock. No to jak się nie cieszyć, nie ekscytować, zwłaszcza, ze mówiony tez wystrzelił, trudno żeby nie, jak 9 godzin dziennie napierdala się po angielsku. 
Takie to są te drobne ekscytacje, w sumie nie ma się o co przypierdalać z tą tęsknotą. Za dużo się dzieje.

Ale kolega REDAKTORA się z REDAKTORA śmieje. Mówi, poczekaj pięć lat, powiada, jak ja czekam, to zobaczysz, i nie waż sie tak obrażać Polski, i w ogóle wciąż wzdycha do polskich chłopców, i takich szuka, na co REDAKTOR puka się tylko w czoło wymownie. Oraz faktycznie to REDAKTOR nie może zgodzić się z jego stanowiskiem, bo ma świeżo w pamięci ten syf, ten brud i ten pierdolnik i te wszystkie pierdolone pochody czy betonowe samoloty, i te kretyńskie awantury o jebane gendery, gdy świat odjeżdża, a jak już odjedzie, no to nawet montownie lodówek odjadą i co zrobi biedna Mława? Niestety, odległość i czas w głowie kolegi pozostawiły tylko prasłowiańską gruszę i te mazurki i sarepska musztardę. 
Ale przecież REDAKTOR nie jest w ciemię bity. Wie doskonale, że kolega tak sobie tylko tęksnotki snuje i niekoniecznie chciałby wracać, co mu zresztą REDAKTOR - szuja - życzliwie doradza, przenieś się do Polski, doradza, skoro tak wzdychasz, będziesz miał dużo polskich chłopców, kusi, ale kolega wciąż odmawia, wciąż wyrzeka się tej kurwa ojczyzny, i coś REDAKTOR czuje, że chyba już mu się nie odmieni, bo sarepska sarepską, mazurek prawda teges także czy to na Grobie, czy na stole, ale koniec końców kolega własnie zdał egzamin na brytyjski paszport, i tak to jest z tą tęsknotą za pierdoloną Polską.

wtorek, 3 grudnia 2013

Banałem byłoby powtarzać to po raz iksiąty, przy czym i REDAKTOR też jest przecież niebanalny, dlatego z największym wręcz obrzydzeniem i zatykając nos, zupełnie jak przy urnie głosując na PO, zdecydował się przyznać, że owszem. Jest tak jak REDAKTOR czuje - że to banalne. Nie czyż? Czyż. Dlatego będzie to notka od lekka do ciężka jeśli idzie o temat.
Banałem jest przyznać, że taki wyjazd wiele zmienia i przenicowuje, i że to co było już jest zupełnie inne, niż by było bez wyjazdu, nie tylko z tego powodu, że po prostu by było, a  wyjazd byłby tylko czymś co by mogło być, ale nie wystąpiło, no i badanie tego, co nie wystąpiło jest zupełnie bez sensu, choć REDAKTOR mniej więcej wie, co by było, pewnie by dalej skrobał głupoty do jakichś czasopism, albo i nie, bo może by go wyjebali, albo i nie, i to jest właśnie ta niewiadoma, która się nie stała, bo REDAKTOR uprzedził fakty i zwolnił się sam, nie czekając na redukcje czy tam inne powody wypierdalania, nadludzkim wysiłkiem woli znalazł się zupełnie gdzie indziej z zupełnie innymi planami. Tak. 
Ale najpierw na miejscu musiał się nauczyć co i jak. Co wcale nie było łatwe, bo każdy mówił co innego, w internecie co innego było, a jeszcze co innego myślał REDAKTOR ze jest. Na szczęście znaleźli się dobrzy ludzie (lgną do REDAKTORA), którzy przeprowadzili REDAKTORA przez tak wstępne tajniki bycia gdzie indziej, jak kupno karty z numerem i np. ze autobus się łapie każdy jak gdzie indziej na żądanie, a na czerwonym świetle można na luzie przechodzić, nawet gdy obok stoi konstabl. Wspaniale.
Gorzej było, gdy przyszło do szukania pracy, to dopiero była historia, wspomina REDAKTOR, jedna koleżanka, z tych dobrych ludzi, wydrukowała REDAKTOROWI nawet jego cv, w kolorze, luksus, chociaż bez złotych kutasików, i tak uzbrojony REDAKTOR już widział, jak się pnie w tych garsonkach, segregatory nosi z zebrania na zebranie...  Ale na razie to tylko sobie spacerował, i gdzie mu się podobało to zostawiał cv. No ale co to było za cv, wszystko co najlepsze wybite na górę, i mądrze sformułowane, co gorsza po angielsku oraz ogólne ą i ę oraz zdjęcie. Odpowiednio rozczulające, i to co trzeba pogrubione i w ogóle fachowo, tylko że zupełnie bez sensu. Okazało się, że to trzeba nie tak, i dlatego pomyślał REDAKTOR, że napisze poniższy poradnik dla tych, którzy chcą tak.
Zgrzeszył naiwnością REDAKTOR strasznie przy tym, okazuje się, ze tutaj nie ma co wybijać, że powiedzmy było się profesorem, kiedy się przyjeżdża zacząć od początku (ekscytujące!) i na początek szuka się byle zajęcia, żeby tylko zaczepić się małym palcem i potem wspiąć powoli, ci co na kontrakty jadą czy coś to mają oczywiście łatwiej, ale trudno przypuszczać, żeby ktoś REDAKTORA wziął w za granicę na kontrakt na pisanie po polsku, tak? Trzeba sobie było samemu wyrąbać i chociaż samo rąbanie bywało nie do końca fajne i zawsze przyjemne, to jednak po roku można powiedzieć, że już coś się udało wyrąbać i nie jest już najźlej.
No, ale jak się zaczyna robić głupoty i się zostawia odjebane cv bez kutasików w księgarenkach i gdzie tam jeszcze oraz jak już wzięli na rozmowę o prace to zamiast bujać na potęgę to się pierdoli że się było tzw. dziennikarzem i się przyjechało i się szuka, no to kto takiego przyjmie do pracy, czy REDAKTOR przyjąłby takiego do pracy, jak z góry wiadomo, że taka osoba spierdoli przy pierwszej lepszej okazji oraz przede wszystkim to ona nic nie umie, a tu nie tytuły, kwity, zaświadczenia, papiery są potrzebne, to nie Azja czy inny nie zabór, że papier na wszystko i za wszystko służy, życiowym marzeniem jest papier, zdobycie papieru i nikt nie pyta co umiesz? Tylko "pokaż papier", tymczasem tutaj najwięcej - jak się okazuje - przydaje się doświadczenie i jakieś umiejętności, i to trzeba w tym cv pisać, a nie się przechwalać jakimiś miejscami pracy, bo miejsca pracy to tylko miejsca pracy i wcale to o niczym nie świadczy, skonstatował REDAKTOR po jakimś czasie, i dlatego zaraz poprawił cv, bzdety poukrywał, powycinał, poobniżał, coś tam powyciągał do góry no i okazało się, ze z tak pogorszonym cv można łatwiej dostać prace. Która okazała się ciężka, ale na maksa pouczająca i okazało się, że to prawda, że takie rzeczy pokazują 'what are you made of', no i okazało się, że REDAKTOR też potrafi no i to było w miarę dobre okazanie się, takie zadowalające, rzekłby REDAKTOR. Zwłaszcza gdy po paru miesiącach przyszedł egzamin, promocja i każdy cmokał, że jak to możliwe, że jakiś przybłęda z białych niedźwiedzi zdał lepiej od rodowitych egzamin z pisowni londyńskich ulic i placów, różnych Eccleston Place, Marlborough Street, Albemarle Street, Beaumont Square, Maida Vale, Carpenders Park, Theydon Bois i tak dalej, przy czym warto wiedzieć, że od wieków trwa w Londynie dyskusja, czy to ostanie czytać z francuska 'bua' czy z angielska 'boys' i innych takich mnóstwo łamigłówek.
Ale to już tez zmieniło optykę, i perspektywa się już zmieniła, na taka, że skoro ja mogę, to ty tez możesz, i dlatego już nie może REDAKTOR bez ataku szalu wysłuchiwać, ze ktoś nie może, że mógłby, ale to słabe, za ciężkie, chujowe. To była ta nauka. No bo wiadomo, jak było wcześniej, całe to życie tzw. redakcyjne, leniwe i powolne, zwłaszcza jak REDAKTOR był współpracownikiem, czyli freelancerem, czyli zapierdalał jak normalny na etacie - taka tam sztuczka korporacji drącej szaty nad śmieciowymi umowami, a ostatnio nad głodowymi stawkami, to doprawdy wzruszające, musi przyznać REDAKTOR. Ta prawda wrażliwość. 
Wziąwszy pod uwagę zwłaszcza, ile się tam zarabia, zwłaszcza ci przyjmowani w ostatnich latach, kiedy potęga zaczęła się chwiać i wyszło, że okazały ten gmach jest średnio o połowę za duży jak na obecna potęgę, a o dobre trzy czwarte za duży jak na potęgę przyszłą.
No ale skoro REDAKTOR 'współpracował', to czasami rano dochodził do wniosku, że dziś akurat mu się nie chce współpracować i spędzał miły dzień 
doing nothing albo coś równie przyjemnego, a potem to sobie odpracowywał, tekścik czy dwa więcej naskrobał albo jaki tzw. reportaż i zawsze jakoś to było, ale bez perspektyw jak się okazało. Tu jest inaczej trochę. Każdy dostaje za godzinę i czy choruje, czy nie, to już nikogo nie interesuje, jak chcesz być chory, to bądź, ale za darmo.
Tak REDAKTOR krok po kroku zaczął uczyć się tutejszej kultury, która w jego poprzedniej firmie była no właśnie taka, najpierw były - dawniej - śniadanka, się przychodziło o 10, pani smażyła jajecznicę, potem się jadło, pilo kawę, potem było zebranie, a kto nie zjadł to po zebraniu jadł śniadanie, a potem już było południe. To się szło na miasto, (a REDAKTOR często do znajomej na kawę), potem ci co nie poszli to już przebierali nóżkami, papierosy palili, bo zaraz przecież obiad, i o godzinie 13. zaczynały się wielkie zawijane kolejki, całe działy schodziły, tłum, no bo gdzież tak o jednej jajeczniczce od rana, należy się odżywiać, wiec gdy już zjedli ten obiad, godzina 14, to szli na gore coś tam porobić, fajkę zapalić, a no a potem to już była 17 i można iść do domu, dlatego potęga wygląda tak, jak wygląda, można rzec, a zostawali tylko ci co produkowali i produkowali na jutro, a nakład i tak spadał.
Tu jest troszkę inaczej jednak, zamiast jajecznicy jest paluch, który się kładzie na maszynę, która z odcisku palca zapisuje, że się przyszło, a jak się nie przyjdzie na czas, to się ma spóźnienie, jak się je ma trzeci raz w miesiąc, to odsyłają do domu bez zapłaty, a jak się to robi często, to zaraz kadrowe wysyłają na szkolenie z zarządzania czasem i życiem i tak dalej, no ale summa summarum nic dziwnego w takim razie, że ta rodzinna firma warta jest na dziś 380 milionów funtów, jakieś 5 miliardów, i tytuł jednej z pięciu najszybciej rosnących w Londynie. 

A i jeszcze innej rzeczy się nauczył REDAKTOR, wszystko mu to się to przyda na przyszłość, że nic w życiu firmy i człowieka tutaj się tak nie liczy, jak reputacja, i dlatego nikt nie może mieć tu wypadku i się procesować (reputacja) i raczej ludzi nie robi się w chuja pracowników (reputacja), wiec - powiedzmy - nie próbuje się fotografów wycyckać z praw autorskich żeby potem wszystkie zdjęcia sprzedać w całości i zgarnąć pieniążki (reputacja), albo nie pozbywa się ludzi w taki sposób, ze większość z tych wypierdolonych staje się śmiertelnymi wrogami, robią tę krecią robotę w internecie potem, po mieście się to niesie, po obcych redakcjach, dziennikarzach, każdy miele ozorem na lewo i na prawo, nic dziwnego, że potem (reputacja) jeden wiceprezydent Warszawy mówi REDAKTOROWI prywatnie, 'Wie pan, kiedyś to się wszyscy was bali. Ale dziś, jak o was człowiek tyle już się nasłuchał, to trudno - pan przyzna - trudno traktować poważnie taką instytucję', mówi, a potem robi co chce, powołuje w piątek Piątka, w czwartek Piątka wywala i się śmieje wszystkim w ryj, no trudno żeby się nie śmiał, jak całe miasto zajmuje się tylko  o awanturami w potędze. I tak własnie skończył się mit tych, co to piszą, że im nie jest wszystko jedno. Co z tego, że piszą, skoro innym jest wszystko jedno, co tamci napiszą. Na tym polega brak reputacji.

środa, 27 listopada 2013

Podejście (pierwszy krąg)

Bardzo to uderza REDAKTORA. Zupełnie inne podejście do rzeczy tutaj, a podejście do rzeczy tam. Wcale nie będzie teraz plótł REDAKTOR bajek o tym, że ludzie są dla siebie milsi ogólnie (nie ma, a przynajmniej REDAKTOR nie zauważył żadnych bab szczekających na siebie w autobusach o wolne miejsce, nadymania i się obrażania, szacowania wzrokiem, kto ma więcej siat i jest bardziej obłożnie chory, a przynajmniej obkrześle chory, żeby zwalić się jak grucha na to siedzenie i stroić miny świadczące o złym ogólnym stanie zdrowia i natarczywych własnie bólach). No to tak, tego tu nie ma. Ale wcale nie jest znowuż za rozkosznie, weźmy takie autobusy. Autobusy to osobna historia warta osobnego wpisu, nad którym REDAKTOR z pewnością się pochyli.

Także.

Wieki dominacji na morzach, zaczyna REDAKTOR uczenie, bo wie doskonale ze to prawda, sprawiły, że tutaj rzeczy oglądane są z zupełnie innego punktu widzenia niż powiedzmy gdzie indziej, wiadomo gdzie, ale REDAKTOR nie powie. No wiec naród prawda handlowy, słonce nigdy nie zachodzi, Cutty Sark i Australia oraz oraz, no i okazało się, ze handel już tak im wszedł w krew, że bez tego nie mogą, ale najbardziej nie mogą bez tego, co ten handel daje, czyli hajsu. Ten hajs jest w centrum wszystkiego, ale niezauważalnie. Trzeba się przyjrzeć dopiero, żeby to zauważyć i to się zauważa w końcu, ale nie na zasadzie, że w centrum stoi wielki Zloty Funt, pod którym lezą kwiaty (leżą tam, gdzie REDAKTORA nie ma), ten Złoty Funt jest wszędzie dookoła, choć go nie widać.
No może nie? Weźmy taka relacje z wydarzenia, którą obejrzał w telewizji REDAKTOR jakiś czas temu, no więc jakieś miasto zostało stolica kultury brytyjskiej, czy coś takiego, naprawdę REDAKTOR nie pamięta bo zapomniał, żeby pamiętać co innego, a to co inne są pytania reporterki, która stała w taki deszczowy dzień z jakąś panią na zewnątrz, i one sobie wesoło paplały, paplały tak, a w końcu weszły na wizje no i ta reporterka ('tory były złe') zadaje pierwsze pytanie, a właściwie oświadcza, ze wszyscy bardzo się cieszą, ogólne gratulacje, ale ale, konstatuje reporterka, bardzo wszakże to milo iż jest wasze miasto stolica kultury jakby, ale porozmawiajmy, co z tego ekonomicznie będzie miało wasze miasto, jak zyska gospodarka, i zaraz rozmowa z kultury zeszła na to, co najważniejsze i tak już zostało, zostawiając REDAKTORA w zdziwieniu i rozjaśnieniu w, bo co prawda ani słowa o duperelach i wystawach, gdy wszystko nagle stało się jasne i proste, o co tutaj w tym wszystkim chodzi, a chodzi o oczywiście kasę, którą w Polsce nikt się nie przejmuje, to znaczy przejmuje, ale tylko pod względem ile jej będzie i na co się ją wyda, i tym akcentem zainteresowanie kasą się kończy.
Przykładowo jest mieścina tam, i ta mieścina koniecznie chce mieć coś pięknego i dużego i coś, będzie władzy służyć za pomnik i za trampolinę do następnych nieprawdaż wyborów, no wiec decyzja zapada, że to musi być Nie Byle Co, jakaś Opera albo przynajmniej Aquapark, i już się robią plany na dwa, na trzy, na pięć tysięcy widzów, artystów, pływaków! I potem budowa, bo przecież hajs jest, płynie z zagranicy, i nikt nie pyta, czy w tej mieścinie w ogóle potrzeba Opery, kiedy tam gdzie nie ma REDAKTORA nikt nie czyta książek, a co dopiero o operze mówić oraz czy potrzeba Aquaparku na piec tysięcy, ale skądże, potrzeba, odpowiada się na to, własnie że niezmiernie potrzeba! W ramach Ambicji, w ramach Dociągania potrzeba, i nie mówcie, że w Naszym Mieście mieszka mniej ludzi niż w Aquaparku się mieści, ale przecież dookoła też mieszkają ludzie, i oni tez chcą przyjść do Aquaparku, a poza tym będzie to wielka atrakcja, i ona przyciągnie! - mówią tak i to mówienie zastępuje już wszystko, i potem jak już ten Aquapark jest gotowy, to wychodzi, że mało kto pływa, bo strasznie drogo wyszedł ten Aquapark, więc i bilety drogie, a jeszcze ludzie zaczęli oszczędzać, no ale jakby nawet nie zaczęli, to nikt nie pomyślał, ze Aquapark to nie spożywczy i tam się nie chodzi codziennie, tylko czasami no i tak to właśnie się skończyło i teraz już nie ma gmina piniążków na powiedzmy żłobek czy elektroniczne tablice w szkole, bo musi utrzymywać aquapark. Albo fontannę na pół rynku. Pycha.
Bo przecież o takich dziwactwach nikt nie słyszał tam takich jak tu są dziwactwa, a nawet jak słyszał, to one nie są dla byle jakiego oka, bo przecież tajne. I dlatego nikt nie pyta, a nawet jak nie zapyta, bo kto ma zapytać, może ten pan redaktor z tzw. lokalnych mediów, które nieprawdaż "patrzą na ręce władzy", czyli żyją z tego, że pan wójt u nich zamieszcza urzędowe ogłoszenia i dzieci pana redaktora mają zniżkę na Aquapark i jak się obrazi i przestanie zamieszczać te ogłoszenia, to pan redaktor z czego będzie żyć.
Te dziwactwa dla odmiany gdzie indziej (no, powiedzmy, że tu, gdzie jest REDAKTOR) są za to powszechne i są tez przedmiotem ogólnej debaty, można rzec mądrze i wszyscy się zastanawiają czy to dobrze, czy źle, czy może lepiej sobie dać siana z tą Opera a już zwłaszcza Aquaparkiem dla gawiedzi? Toczy się dyskusja. No, weźmy tę gazetę choćby, oto jest w niej napisane, że prognoza dla kolei szybkiej prędkości spadła. Tej kolei szybkiej co ma połączyć Londyn z innymi miastami i co budzi te wielkie dyskusje o kosztach, tak z 50 miliardów funtów mniej więcej, no wiadomo, że taka kasa nie może przejść niezauważenie i dlatego od czasu do czasu wybucha kolejna awantura, czy w ogóle warto pchać się w tę historię i w ogóle. Ale przynajmniej wiadomo, o czym się mówi, skoro niedawno się okazało że ta prognoza wzmiankowana spadła. No spadła, no 1,90 do coś 1,60, ale wciąż jest na plusie, w sensie mniej więcej to znaczy, że z każdego zainwestowanego funta odzyska się prawie dwa, i z nowa prognoza się wciąż opłaca, ale mniej, w sensie mniej powstanie miejsc pracy, podatków się zbierze, cokolwiek. No to teraz, kto w tam gdzie nie ma REDAKTORA zastanawiał się, ile z takiego Stadionu Narodowego, albo chociaż Legii, ile wróci do budżetu z tej inwestycji? No nie, nawet nie wiadomo, ile trzeba będzie dopłacić. Albo z drogi? albo z czegokolwiek? Nikt nie wie. A nawet jak wie, to co z tego, bo to tzw. opinia publiczna ma wiedzieć, a nie paru urzędników. A nawet jeśli, to i tak zwycięża jakaś kalkulacja typu my im stadion, a oni na nas może kiedyś zagłosują, albo że "w takim mieście jak... stadion jest po prostu potrzebny". To jest ta właśnie drobna różnica.
Ale co tam kolej. Przecież jest zupełnie tak samo u zwykłych ludzi. Jak u tych koleżankach REDAKTORA z pracy, co oglądały jakieś papucie czy jakieś inne chodaki i oglądały, i cmokały, a już najbardziej nad ceną, bo ta cena rzeczywiście oscylowała gdzieś jakoś około pięć funtów, ale co tam cena, najważniejsze, ze były przecenione z jakich 15 czy 16, i to własnie, a nie kolor czy krój czy co tam mają chodaki był przedmiotem tych wzdechów, i znowu olśniło REDAKTORA, bo czy to możliwe tam gdzie nie ma REDAKTORA, żeby jedna z drugą się przechwalały, że kupiły suknie tanio, jeśli właśnie trzeba się przechwalać na odwrót, że bardzo dużo się wydało, że konto ucierpiało, że wychudło silnie? To tez jest drobna różnica, w zasadzie zupełnie na odwrót, że tu się nikt nie wstydzi tego że kupił tanio, bo to nie znaczy że jest biedny, tylko właśnie zajebiście sprytny i że nie zmarnował kasy na przepłacanie i cudze drinki z parasolką. Drobna w sumie różnica między myśleniem w kraju bogatym, a kraju biednym.

czwartek, 14 listopada 2013

Są powody do mruczenia

Polska ma ostatnio dobrą passę w angielskiej prasie, zauważa REDAKTOR, tylko w tym tygodniu aż dwa razy wspomniano o tym kraju, to wspaniale, wziąwszy pod uwagę liczne inicjatywy podejmowane przez Polskę naprawdę widać, że przynoszą skutek, warto tu wymienić m.in. rojenia o roli przewodniej wobec ościennych narodów, które nie wiadomo dlaczego miałyby się na to zgodzić, a wiec dyktowanie Litwie, pouczanie Słowacji, wpierdalanie się Czechom i tak dalej, przy czym oczywiście to dotyczy tylko tych krajów na wschód, bo te na zachód mają przecież w dupie megalomańskie wskazówki z zapuszczonej krainy na krańcach cywilizacji, te bardziej rozwinięte cywilizacje doniesienia z syfu traktują wyłącznie jako park dziwadeł dostarczających 
śmiesznych newsów, tak więc i doniesienia prasowe dotyczą głownie wydarzeń typu walki goryli czy innych osobliwości z dzikich krajów. Przy czym dla prasy tutejszej Europa warta wspominania kończy się gdzieś na wysokości Berlina i Pragi, dalej nie warto już nawet drukować pogody, i się nie drukuje, bo i po co, kto miałby tam jeździć?  
Pierwsza notatka, wspomina REDAKTOR, przecież nie tak dawno to było, bo zaledwie we wtorek, kilka dni temu raptem, wspaniały sukces kraju, który na co dzień nie istnieje w wiadomościach (no chyba ze faktycznie ta baba z brodą sie urodzi, to coś wspomną), było to zdjęcie z flagą i z tą tęczą co tam podobno się trochę nadpaliła, no i oczywiście do tego dumna notatka ze było zwarcie goryli i że aresztowano, naniszczono i w ogóle.
Sukces jednak, wie to REDAKTOR, najlepiej powtórzyć, i dlatego dzisiaj The Sun doniósł, że polskie bydło zostało ukarane za race na Wembley podczas kolejnego brania w dupę z angielskimi panami, i to jest, kiwa REDAKTOR z uznaniem głową, doskonałe utrwalenie tego wtorkowego sukcesu z innej gazety. I nawet niedrogie, 20 tysięcy funtów kary.
Choć nie można też powiedzieć, żeby inne sukcesy Polski uszły uwadze czujnej prasy brytyjskiej. Przecież zimą nagłówki obiegło zdjęcie zamarzniętego kibla w jakimś wagonie kolejowym, całego w śniegu nawianego przez jakieś rozjebane drzwi lub okno, z soplami zwisającymi z deski klozetowej; i to zdjęcie więcej mówiło o Polsce niż otrąbione piłkarskie zawody, olimpiady, sprawnych, niesprawnych, bezdzietnych, spedalonych oraz zimowe łącznie z parafiadami - zadumał się REDAKTOR.
Ale ale, przecież jest jeszcze największy polski sukces 2013 r., a wiec porządnie, po katolicku wychowana mamusia-polaczka-emigrantka, która zakatowała/zagłodziła* dziecko, co już w ogóle zapewniło Polsce i jej tradycjom wychowawczym długotrwałą i zasłużoną przecież? Uwagę europejskich mediów. 
__________________
* niepotrzebne skreslić