sobota, 7 grudnia 2013

Trudne bycie razem na Wyspach

Goniec Polski, Londyn, wiosna 2013

- Polską emigrację starej i nowej daty dzieli przepaść, ale nie ma między nimi muru. Jedni mieli poczucie misji i wciąż walczyli za Polskę. Drudzy to indywidualiści zorientowani na osobisty sukces i, chyba przede wszystkim, jak największe dochody – mówi Wiktor Moszczyński, urodzony w Wielkiej Brytanii syn polskich wojennych emigrantów


Grzegorz Lisicki: Czy w Wielkiej Brytanii istnieje Polonia?
Wiktor Moszczyński: Tutaj nie ma i nigdy nie było czegoś takiego jak „Polonia”. Jest emigracja. To stąd, że „Polonia” kojarzyła się z komunistyczną Polską, bo to za PRL używano tego słowa. A „emigracja” z tymi, którzy nie chcieli do takiej Polski wracać. Trzeba więc spytać, czy istnieje tu emigracyjna społeczność polska. Tak, istnieje, podobnie jak kulturowa tożsamość, harcerstwo, msze, kluby, własne kościoły. Wytworzyła się anglo-polska kultura. Jest więc integracja, ale nie asymilacja. Stara emigracja wymiera, a my, ich potomkowie, uważamy siebie i za Polaków, i za Brytyjczyków.
Teraz żyje w Wielkiej Brytanii nie mniej niż 600 tys. rdzennych Polaków.
Nie będę oryginalny mówiąc, że nikt się tego nie spodziewał, łącznie z rządem. Z racji mojego zawodu miałem okazję rozmawiać z tutejszym wiceministrem spraw wewnętrznych. Spodziewali się 13 tys. Polaków rocznie. Ja wątpiłem, mówiłem o 200 tysiącach. A i tak pomyliłem się o setki tysięcy! Myśmy tu nigdy nie uważali, że nawet wielka liczba Polaków będzie dla Wielkiej Brytanii jakąś tragedią, bo tutejsi Polacy wyrobili sobie świetną renomę. Oczekiwaliśmy mniej więcej tego samego po przybyszach z Polski. Ale - niestety - muszę przyznać, że pierwsze doświadczenia z emigrantami z Polski wystawiły tutejsze społeczeństwo, w tym nas, na ciężką próbę.
Co to znaczy?
Do Wielkiej Brytanii polscy obywatele napływali falami i każda była dla nas szokiem. Pierwsza fala we wczesnych latach 90., kiedy nagle pojawiło się bardzo dużo Romów, którzy zasłynęli tym, że domagali się azylu politycznego. Szok, bo komunizm upadł, Polska wolna, a tu nagle ktoś prosi o polityczny azyl. A to było po jakichś zamieszkach antyromskich w Mławie. Drugi szok był kulturowy, bo w miarę jak granice UK się z wolna otwierały, przybywało też i Polaków. Oni przywieźli ze sobą najgorsze możliwe słownictwo. Dla nas, urodzonych tu i wychowanych, najgorszym przekleństwem było „psiakrew” czy „cholera”. Aż tu nagle same „k...” i to nie czasem, tylko co drugie słowo. Do tego prostackie zwyczaje, gwizdanie na dziewczyny, picie alkoholu w parkach, ogolone głowy i oczywiście ani be, ani me po angielsku. Nagle okazało się, że w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym, POSK, trzeba montować zamki, stawiać ochroniarzy, bo zaczęły się kradzieże, pojawili się polscy bezdomni itp.
Było wiele konfliktów w Chingford, północny Londyn, gdzie osiadło wielu takich przybyszy i ścierało się z liczną tam diasporą Hindusów.
Dla nas było to przerażające, dla Anglików też, zaczęły się pojawiać wyjątkowo wredne, antypolskie artykuły w Daily Mail i innych brukowcach. Dlatego pewne zjawiska w fali emigracji po 2005 r. już nas nie zdziwiły. Spodziewaliśmy się, że wśród „normalnych” ludzi trafią się i tacy, o których będą rozpisywać się brukowce. Mieliśmy to już przepracowane.
Tak jest do dziś?
Oczywiście że nie. To już wygasło, ci nieokrzesani ludzie to najczęściej już przeszłość. Część wyjechała, część osiadła i z czasem „zangliczała”.
Zangliczała?
Wyciszyli się, nabrali tutejszych zwyczajów, nawet prowadząc auta już robią to po angielsku, czyli spokojnie i przestrzegając przepisów. Ale kosztowało to kilka lat zamętu i wiele dramatów dorastających dzieci, które rodzice nagle zabrali z Polski i wrzucili w zupełnie obce środowisko i język, często - przez pieniądze - w bardzo niedobrych dzielnicach. Niedaleko mojego domu w Acton były regularne bijatyki polskich „gangów” nastolatków z „gangami” czarnoskórej młodzieży na tle rasowym, jedni drugim kazali wracać do Polski albo do Somalii, z tym że ci z Somalii mieli obronę w nauczycielach, bo taka odzywka tutaj już podpada pod rasizm. „Wracaj do Polski” jeszcze nie, no i na tym tle były bijatyki. To wszystko było dla nas bardzo obce i bardzo niezrozumiałe. Ale jednak stara emigracja próbowała coś robić, żeby jakoś zagospodarować tych przybyszy. W POSK otworzył się np. polski żłobek, który urządzał spotkania dla matek.
Ale jednak różnice są.
To, co odróżnia młodą emigrację od starej, to częsta tendencja do gettoizacji. Są polskie sklepy, fryzjerzy, księgowi, agencje nieruchomości. Do tego dookoła tylu Polaków. Z powodzeniem można udawać, że żyje się w Polsce, ale w angielskich dekoracjach. Mnie to osobiście smuci, bo świadczy o zamknięciu w swoim ciasnym słoiczku no i często też o braku ochoty do nauki języka.
Zauważamy też, że nowa emigracja się bardzo rozwarstwiła w porównaniu do starej. Jedni odnieśli sukces, inni wegetują jako sprzątaczki. Coraz częściej, i to nas cieszy, słychać jednak o polskim sukcesie. Wiem z doświadczenia, ilu „nowych” Polaków pracuje np. w tutejszym sądzie gospodarczym, ilu jest polskich managerów w czołowych firmach. W tej ambicji celują zwłaszcza Polki.
Stara emigracja traktowała swoje życie na obczyźnie jako przedłużenie walki o Polskę. Nie chcieli przyjmować PRL-owskich paszportów, ale też i brytyjskiego obywatelstwa. Tworzyli lobby popierające polskie starania o NATO i UE, itd. Wciąż to poczucie obowiązku, dziejowej misji. Nowi przyjezdni to indywidualiści, chcą dobrej pracy i płacy. Patriotyczne uniesienia są nie dla nich. Zamiast włączać się w działania „starych” organizacji, pozakładali własne. Widać, że na ogół między pokoleniami starej i nowej emigracji jest przepaść, ale nie ma muru.
Choć te mury są często na siłę tworzone, tak jak np. przez władze Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, które zdecydowały np. że nie uznają nowo przyjezdnej Polonii jako autentycznych spadkobierców patriotycznej Polski i mimo protestów zamykają wszędzie swe domy i kola. Walczę z tym, ale zarząd jest nieubłagany.
Czy takie rowy można zasypać?
Można. Choć to trudne, bo występuje też „tymczasowość” nowych. Są kiedyś badania Michała Garapicha z uniwersytetu w Roehampton, z których wynikało, że tylko 20 proc. imigrantów z Polski twierdziło, że zostanie na stałe, 60 proc. jest tu „na trochę”, a reszta nie wiedziała. Na szczęście z nowych badań wynika coś zupełnie odwrotnego - większość już zostanie w UK.
Co się stało?
Dzieci. One zmieniają całą perspektywę i to z ich powodu Polacy chcą tu zostać. A jeśli chcą, to nic nie stoi na przeszkodzie, by włączyć się w działalność organizowaną przez starą Polonię, np. zapisać dzieci do szkółki sobotniej. Te 3 godziny w sobotę to znakomity sposób na nauczenie i zachowanie polskich tradycji i historii u dzieci. Przy okazji i rodzice poznają się wzajemnie z organizatorami szkółek.
A coś łączy te dwie emigracje?
To, co zawsze: kościoły, szkoły sobotnie, jakieś tam wspólne poczucie dumy narodowej. Prawdziwe połączenie tych dwóch emigracji jest dopiero przed nami.
Dlaczego?
Wielka Brytania stoi u progu referendum, które zdecyduje o jej wyjściu z Unii. Kiedy zacznie się publiczna debata trzeba będzie, żeby polscy emigranci - niezależnie od wieku i poglądów – połączyli siły i bardzo mocno, wspólnie, zaakcentowali swój sprzeciw.
Rozmawiał: Grzegorz Lisicki


Wiktor Moszczyński, ur. 1946 w Londynie, dziennikarz, potomek polskich emigrantów, zaangażowany w życie lokalnej polskiej i brytyjskiej społeczności. Był m.in. wiceprzewodniczącym Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii, angażował się m.in. w zniesienie wiz dla Polaków. Był dziennikarzem lokalnych londyńskich gazet, napisał książkę „Hello, I'm Your Polish Neighbour”, obecnie prowadzi bloga „Polak Londynczyk”. Wyróżniony polskim Orderem Zasługi i odznaką honorową Bene Merito nadawaną przez MSZ.  

czwartek, 5 grudnia 2013

Tęsknoty.

Albo o tęsknocie, wywołany do tablicy zrywa się REDAKTOR, by opowiedzieć, otóż wcale nie jest, ale dotyczy to być może tylko REDAKTORA, który nie wie przecież, co to są uczucia zbliżone do ludzkich, i tutaj pogłębia jeszcze ukochane skurwysyństwo, które ciągnie się za REDAKTOREM jak tren pachnący i które tak licznie do niego przyciągają młodzież jak nie przymierzając do Wojtyły czy innego subito. Tak wiec jaka tęsknota, drwi REDAKTOR, łatwo mu mówić w sumie, to przecież rok z kawałkiem dopiero, jak wyjechał stamtąd, gdzie go nie ma, wiec jak ma tęsknić do tych mazurków oraz Dąbrowskiego względnie Chopina czy też na święta zakorzenionej tak w tradycji Wielkiej Nocy (tu klęka), i tych wierzb mazowieckich prawda oraz musztardy sarepskiej i parówek Sokołów? Zwłaszcza, że mazurek może sobie puścić z jutuba oraz Chopina, czy tez upiec, a parówki, noooo tych w Londynie nie brakuje, można też jak również zajrzeć do polskiego sklepu, których tutaj więcej niż punktów Betako, po ichniemu prawda Ladbrokes czy coś inne.
Także nie jest tak. Oczywiście, że czasami ma REDAKTOR wrażenie, ze od kiedy nie ma go tam, to tam się więcej np. dzieje i powiedzmy nawet, że otworzyli coś na grobie dawnej Klatki z dawnymi grzechami, czyli brakiem szatni na przykład. Ale wystarczy pójść do centrum, pójść do Fabric, pójść do Fire, pójść tu czy tam pójść, żeby przekonać się, że to zwykle złudzenie, że lepiej gdzie nas nie ma, myśli REDAKTOR i - jak to REDAKTOR - ma rację.
Oczywiście byłoby lepiej, żeby znajomi REDAKTORA też tu byli, nawet zaczęli przeciekać po jednym, i żeby można było się przejść tu i tam, no ale ich nie ma, to co będzie sobie REDAKTOR zawracał głowę tym, co by mogło być, jakkolwiek byłoby to bardzo miło.
Generalnie nie skupia się REDAKTOR za bardzo na drobnych tęsknotach i psich smutkach. Fakt jest taki, że nie ma na to za bardzo czasu, a poza tym skurwysyński pogląd REDAKTORA jest taki, żeś jak już wyjechał, debilu, to się tego trzymaj, w tył się nie oglądaj, zajmij się sobą, zamiast płakać w poduszkę, gdy dookoła życie aż furkocze od atrakcji, no ale to już kwestia szczęścia i nastawienia, dla tych, dla których to ostatni akt desperacji życiowej w obliczu walenia łbem w tę zgniłą polską ścianę, dla nich będzie to męka, dla takich jak REDAKTOR to przygoda, zwłaszcza jak się zna język i ma się ciśnienie, żeby ten język zgłębiać, i to jest właśnie dobre, i to jest właśnie najlepsze uczucie, jak się kupi gazetę i rozumie się, co tam piszą, no wiadomo, że nie w stu procentach, ale co cieszy REDAKTORA, nieznanych słówek są raptem szczątki, cieszy zwłaszcza, że z wolna zaczął łapać tez kontekst, jednym słowem poznawać życie codzienne kraju, i już wie, co to są różne pojęcia jak HS2 czy bedroom tax oraz dowiedział się, że Sussex, a może Essex, to brytyjski Wąchock. No to jak się nie cieszyć, nie ekscytować, zwłaszcza, ze mówiony tez wystrzelił, trudno żeby nie, jak 9 godzin dziennie napierdala się po angielsku. 
Takie to są te drobne ekscytacje, w sumie nie ma się o co przypierdalać z tą tęsknotą. Za dużo się dzieje.

Ale kolega REDAKTORA się z REDAKTORA śmieje. Mówi, poczekaj pięć lat, powiada, jak ja czekam, to zobaczysz, i nie waż sie tak obrażać Polski, i w ogóle wciąż wzdycha do polskich chłopców, i takich szuka, na co REDAKTOR puka się tylko w czoło wymownie. Oraz faktycznie to REDAKTOR nie może zgodzić się z jego stanowiskiem, bo ma świeżo w pamięci ten syf, ten brud i ten pierdolnik i te wszystkie pierdolone pochody czy betonowe samoloty, i te kretyńskie awantury o jebane gendery, gdy świat odjeżdża, a jak już odjedzie, no to nawet montownie lodówek odjadą i co zrobi biedna Mława? Niestety, odległość i czas w głowie kolegi pozostawiły tylko prasłowiańską gruszę i te mazurki i sarepska musztardę. 
Ale przecież REDAKTOR nie jest w ciemię bity. Wie doskonale, że kolega tak sobie tylko tęksnotki snuje i niekoniecznie chciałby wracać, co mu zresztą REDAKTOR - szuja - życzliwie doradza, przenieś się do Polski, doradza, skoro tak wzdychasz, będziesz miał dużo polskich chłopców, kusi, ale kolega wciąż odmawia, wciąż wyrzeka się tej kurwa ojczyzny, i coś REDAKTOR czuje, że chyba już mu się nie odmieni, bo sarepska sarepską, mazurek prawda teges także czy to na Grobie, czy na stole, ale koniec końców kolega własnie zdał egzamin na brytyjski paszport, i tak to jest z tą tęsknotą za pierdoloną Polską.

wtorek, 3 grudnia 2013

Banałem byłoby powtarzać to po raz iksiąty, przy czym i REDAKTOR też jest przecież niebanalny, dlatego z największym wręcz obrzydzeniem i zatykając nos, zupełnie jak przy urnie głosując na PO, zdecydował się przyznać, że owszem. Jest tak jak REDAKTOR czuje - że to banalne. Nie czyż? Czyż. Dlatego będzie to notka od lekka do ciężka jeśli idzie o temat.
Banałem jest przyznać, że taki wyjazd wiele zmienia i przenicowuje, i że to co było już jest zupełnie inne, niż by było bez wyjazdu, nie tylko z tego powodu, że po prostu by było, a  wyjazd byłby tylko czymś co by mogło być, ale nie wystąpiło, no i badanie tego, co nie wystąpiło jest zupełnie bez sensu, choć REDAKTOR mniej więcej wie, co by było, pewnie by dalej skrobał głupoty do jakichś czasopism, albo i nie, bo może by go wyjebali, albo i nie, i to jest właśnie ta niewiadoma, która się nie stała, bo REDAKTOR uprzedził fakty i zwolnił się sam, nie czekając na redukcje czy tam inne powody wypierdalania, nadludzkim wysiłkiem woli znalazł się zupełnie gdzie indziej z zupełnie innymi planami. Tak. 
Ale najpierw na miejscu musiał się nauczyć co i jak. Co wcale nie było łatwe, bo każdy mówił co innego, w internecie co innego było, a jeszcze co innego myślał REDAKTOR ze jest. Na szczęście znaleźli się dobrzy ludzie (lgną do REDAKTORA), którzy przeprowadzili REDAKTORA przez tak wstępne tajniki bycia gdzie indziej, jak kupno karty z numerem i np. ze autobus się łapie każdy jak gdzie indziej na żądanie, a na czerwonym świetle można na luzie przechodzić, nawet gdy obok stoi konstabl. Wspaniale.
Gorzej było, gdy przyszło do szukania pracy, to dopiero była historia, wspomina REDAKTOR, jedna koleżanka, z tych dobrych ludzi, wydrukowała REDAKTOROWI nawet jego cv, w kolorze, luksus, chociaż bez złotych kutasików, i tak uzbrojony REDAKTOR już widział, jak się pnie w tych garsonkach, segregatory nosi z zebrania na zebranie...  Ale na razie to tylko sobie spacerował, i gdzie mu się podobało to zostawiał cv. No ale co to było za cv, wszystko co najlepsze wybite na górę, i mądrze sformułowane, co gorsza po angielsku oraz ogólne ą i ę oraz zdjęcie. Odpowiednio rozczulające, i to co trzeba pogrubione i w ogóle fachowo, tylko że zupełnie bez sensu. Okazało się, że to trzeba nie tak, i dlatego pomyślał REDAKTOR, że napisze poniższy poradnik dla tych, którzy chcą tak.
Zgrzeszył naiwnością REDAKTOR strasznie przy tym, okazuje się, ze tutaj nie ma co wybijać, że powiedzmy było się profesorem, kiedy się przyjeżdża zacząć od początku (ekscytujące!) i na początek szuka się byle zajęcia, żeby tylko zaczepić się małym palcem i potem wspiąć powoli, ci co na kontrakty jadą czy coś to mają oczywiście łatwiej, ale trudno przypuszczać, żeby ktoś REDAKTORA wziął w za granicę na kontrakt na pisanie po polsku, tak? Trzeba sobie było samemu wyrąbać i chociaż samo rąbanie bywało nie do końca fajne i zawsze przyjemne, to jednak po roku można powiedzieć, że już coś się udało wyrąbać i nie jest już najźlej.
No, ale jak się zaczyna robić głupoty i się zostawia odjebane cv bez kutasików w księgarenkach i gdzie tam jeszcze oraz jak już wzięli na rozmowę o prace to zamiast bujać na potęgę to się pierdoli że się było tzw. dziennikarzem i się przyjechało i się szuka, no to kto takiego przyjmie do pracy, czy REDAKTOR przyjąłby takiego do pracy, jak z góry wiadomo, że taka osoba spierdoli przy pierwszej lepszej okazji oraz przede wszystkim to ona nic nie umie, a tu nie tytuły, kwity, zaświadczenia, papiery są potrzebne, to nie Azja czy inny nie zabór, że papier na wszystko i za wszystko służy, życiowym marzeniem jest papier, zdobycie papieru i nikt nie pyta co umiesz? Tylko "pokaż papier", tymczasem tutaj najwięcej - jak się okazuje - przydaje się doświadczenie i jakieś umiejętności, i to trzeba w tym cv pisać, a nie się przechwalać jakimiś miejscami pracy, bo miejsca pracy to tylko miejsca pracy i wcale to o niczym nie świadczy, skonstatował REDAKTOR po jakimś czasie, i dlatego zaraz poprawił cv, bzdety poukrywał, powycinał, poobniżał, coś tam powyciągał do góry no i okazało się, ze z tak pogorszonym cv można łatwiej dostać prace. Która okazała się ciężka, ale na maksa pouczająca i okazało się, że to prawda, że takie rzeczy pokazują 'what are you made of', no i okazało się, że REDAKTOR też potrafi no i to było w miarę dobre okazanie się, takie zadowalające, rzekłby REDAKTOR. Zwłaszcza gdy po paru miesiącach przyszedł egzamin, promocja i każdy cmokał, że jak to możliwe, że jakiś przybłęda z białych niedźwiedzi zdał lepiej od rodowitych egzamin z pisowni londyńskich ulic i placów, różnych Eccleston Place, Marlborough Street, Albemarle Street, Beaumont Square, Maida Vale, Carpenders Park, Theydon Bois i tak dalej, przy czym warto wiedzieć, że od wieków trwa w Londynie dyskusja, czy to ostanie czytać z francuska 'bua' czy z angielska 'boys' i innych takich mnóstwo łamigłówek.
Ale to już tez zmieniło optykę, i perspektywa się już zmieniła, na taka, że skoro ja mogę, to ty tez możesz, i dlatego już nie może REDAKTOR bez ataku szalu wysłuchiwać, ze ktoś nie może, że mógłby, ale to słabe, za ciężkie, chujowe. To była ta nauka. No bo wiadomo, jak było wcześniej, całe to życie tzw. redakcyjne, leniwe i powolne, zwłaszcza jak REDAKTOR był współpracownikiem, czyli freelancerem, czyli zapierdalał jak normalny na etacie - taka tam sztuczka korporacji drącej szaty nad śmieciowymi umowami, a ostatnio nad głodowymi stawkami, to doprawdy wzruszające, musi przyznać REDAKTOR. Ta prawda wrażliwość. 
Wziąwszy pod uwagę zwłaszcza, ile się tam zarabia, zwłaszcza ci przyjmowani w ostatnich latach, kiedy potęga zaczęła się chwiać i wyszło, że okazały ten gmach jest średnio o połowę za duży jak na obecna potęgę, a o dobre trzy czwarte za duży jak na potęgę przyszłą.
No ale skoro REDAKTOR 'współpracował', to czasami rano dochodził do wniosku, że dziś akurat mu się nie chce współpracować i spędzał miły dzień 
doing nothing albo coś równie przyjemnego, a potem to sobie odpracowywał, tekścik czy dwa więcej naskrobał albo jaki tzw. reportaż i zawsze jakoś to było, ale bez perspektyw jak się okazało. Tu jest inaczej trochę. Każdy dostaje za godzinę i czy choruje, czy nie, to już nikogo nie interesuje, jak chcesz być chory, to bądź, ale za darmo.
Tak REDAKTOR krok po kroku zaczął uczyć się tutejszej kultury, która w jego poprzedniej firmie była no właśnie taka, najpierw były - dawniej - śniadanka, się przychodziło o 10, pani smażyła jajecznicę, potem się jadło, pilo kawę, potem było zebranie, a kto nie zjadł to po zebraniu jadł śniadanie, a potem już było południe. To się szło na miasto, (a REDAKTOR często do znajomej na kawę), potem ci co nie poszli to już przebierali nóżkami, papierosy palili, bo zaraz przecież obiad, i o godzinie 13. zaczynały się wielkie zawijane kolejki, całe działy schodziły, tłum, no bo gdzież tak o jednej jajeczniczce od rana, należy się odżywiać, wiec gdy już zjedli ten obiad, godzina 14, to szli na gore coś tam porobić, fajkę zapalić, a no a potem to już była 17 i można iść do domu, dlatego potęga wygląda tak, jak wygląda, można rzec, a zostawali tylko ci co produkowali i produkowali na jutro, a nakład i tak spadał.
Tu jest troszkę inaczej jednak, zamiast jajecznicy jest paluch, który się kładzie na maszynę, która z odcisku palca zapisuje, że się przyszło, a jak się nie przyjdzie na czas, to się ma spóźnienie, jak się je ma trzeci raz w miesiąc, to odsyłają do domu bez zapłaty, a jak się to robi często, to zaraz kadrowe wysyłają na szkolenie z zarządzania czasem i życiem i tak dalej, no ale summa summarum nic dziwnego w takim razie, że ta rodzinna firma warta jest na dziś 380 milionów funtów, jakieś 5 miliardów, i tytuł jednej z pięciu najszybciej rosnących w Londynie. 

A i jeszcze innej rzeczy się nauczył REDAKTOR, wszystko mu to się to przyda na przyszłość, że nic w życiu firmy i człowieka tutaj się tak nie liczy, jak reputacja, i dlatego nikt nie może mieć tu wypadku i się procesować (reputacja) i raczej ludzi nie robi się w chuja pracowników (reputacja), wiec - powiedzmy - nie próbuje się fotografów wycyckać z praw autorskich żeby potem wszystkie zdjęcia sprzedać w całości i zgarnąć pieniążki (reputacja), albo nie pozbywa się ludzi w taki sposób, ze większość z tych wypierdolonych staje się śmiertelnymi wrogami, robią tę krecią robotę w internecie potem, po mieście się to niesie, po obcych redakcjach, dziennikarzach, każdy miele ozorem na lewo i na prawo, nic dziwnego, że potem (reputacja) jeden wiceprezydent Warszawy mówi REDAKTOROWI prywatnie, 'Wie pan, kiedyś to się wszyscy was bali. Ale dziś, jak o was człowiek tyle już się nasłuchał, to trudno - pan przyzna - trudno traktować poważnie taką instytucję', mówi, a potem robi co chce, powołuje w piątek Piątka, w czwartek Piątka wywala i się śmieje wszystkim w ryj, no trudno żeby się nie śmiał, jak całe miasto zajmuje się tylko  o awanturami w potędze. I tak własnie skończył się mit tych, co to piszą, że im nie jest wszystko jedno. Co z tego, że piszą, skoro innym jest wszystko jedno, co tamci napiszą. Na tym polega brak reputacji.