sobota, 7 grudnia 2013

Trudne bycie razem na Wyspach

Goniec Polski, Londyn, wiosna 2013

- Polską emigrację starej i nowej daty dzieli przepaść, ale nie ma między nimi muru. Jedni mieli poczucie misji i wciąż walczyli za Polskę. Drudzy to indywidualiści zorientowani na osobisty sukces i, chyba przede wszystkim, jak największe dochody – mówi Wiktor Moszczyński, urodzony w Wielkiej Brytanii syn polskich wojennych emigrantów


Grzegorz Lisicki: Czy w Wielkiej Brytanii istnieje Polonia?
Wiktor Moszczyński: Tutaj nie ma i nigdy nie było czegoś takiego jak „Polonia”. Jest emigracja. To stąd, że „Polonia” kojarzyła się z komunistyczną Polską, bo to za PRL używano tego słowa. A „emigracja” z tymi, którzy nie chcieli do takiej Polski wracać. Trzeba więc spytać, czy istnieje tu emigracyjna społeczność polska. Tak, istnieje, podobnie jak kulturowa tożsamość, harcerstwo, msze, kluby, własne kościoły. Wytworzyła się anglo-polska kultura. Jest więc integracja, ale nie asymilacja. Stara emigracja wymiera, a my, ich potomkowie, uważamy siebie i za Polaków, i za Brytyjczyków.
Teraz żyje w Wielkiej Brytanii nie mniej niż 600 tys. rdzennych Polaków.
Nie będę oryginalny mówiąc, że nikt się tego nie spodziewał, łącznie z rządem. Z racji mojego zawodu miałem okazję rozmawiać z tutejszym wiceministrem spraw wewnętrznych. Spodziewali się 13 tys. Polaków rocznie. Ja wątpiłem, mówiłem o 200 tysiącach. A i tak pomyliłem się o setki tysięcy! Myśmy tu nigdy nie uważali, że nawet wielka liczba Polaków będzie dla Wielkiej Brytanii jakąś tragedią, bo tutejsi Polacy wyrobili sobie świetną renomę. Oczekiwaliśmy mniej więcej tego samego po przybyszach z Polski. Ale - niestety - muszę przyznać, że pierwsze doświadczenia z emigrantami z Polski wystawiły tutejsze społeczeństwo, w tym nas, na ciężką próbę.
Co to znaczy?
Do Wielkiej Brytanii polscy obywatele napływali falami i każda była dla nas szokiem. Pierwsza fala we wczesnych latach 90., kiedy nagle pojawiło się bardzo dużo Romów, którzy zasłynęli tym, że domagali się azylu politycznego. Szok, bo komunizm upadł, Polska wolna, a tu nagle ktoś prosi o polityczny azyl. A to było po jakichś zamieszkach antyromskich w Mławie. Drugi szok był kulturowy, bo w miarę jak granice UK się z wolna otwierały, przybywało też i Polaków. Oni przywieźli ze sobą najgorsze możliwe słownictwo. Dla nas, urodzonych tu i wychowanych, najgorszym przekleństwem było „psiakrew” czy „cholera”. Aż tu nagle same „k...” i to nie czasem, tylko co drugie słowo. Do tego prostackie zwyczaje, gwizdanie na dziewczyny, picie alkoholu w parkach, ogolone głowy i oczywiście ani be, ani me po angielsku. Nagle okazało się, że w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym, POSK, trzeba montować zamki, stawiać ochroniarzy, bo zaczęły się kradzieże, pojawili się polscy bezdomni itp.
Było wiele konfliktów w Chingford, północny Londyn, gdzie osiadło wielu takich przybyszy i ścierało się z liczną tam diasporą Hindusów.
Dla nas było to przerażające, dla Anglików też, zaczęły się pojawiać wyjątkowo wredne, antypolskie artykuły w Daily Mail i innych brukowcach. Dlatego pewne zjawiska w fali emigracji po 2005 r. już nas nie zdziwiły. Spodziewaliśmy się, że wśród „normalnych” ludzi trafią się i tacy, o których będą rozpisywać się brukowce. Mieliśmy to już przepracowane.
Tak jest do dziś?
Oczywiście że nie. To już wygasło, ci nieokrzesani ludzie to najczęściej już przeszłość. Część wyjechała, część osiadła i z czasem „zangliczała”.
Zangliczała?
Wyciszyli się, nabrali tutejszych zwyczajów, nawet prowadząc auta już robią to po angielsku, czyli spokojnie i przestrzegając przepisów. Ale kosztowało to kilka lat zamętu i wiele dramatów dorastających dzieci, które rodzice nagle zabrali z Polski i wrzucili w zupełnie obce środowisko i język, często - przez pieniądze - w bardzo niedobrych dzielnicach. Niedaleko mojego domu w Acton były regularne bijatyki polskich „gangów” nastolatków z „gangami” czarnoskórej młodzieży na tle rasowym, jedni drugim kazali wracać do Polski albo do Somalii, z tym że ci z Somalii mieli obronę w nauczycielach, bo taka odzywka tutaj już podpada pod rasizm. „Wracaj do Polski” jeszcze nie, no i na tym tle były bijatyki. To wszystko było dla nas bardzo obce i bardzo niezrozumiałe. Ale jednak stara emigracja próbowała coś robić, żeby jakoś zagospodarować tych przybyszy. W POSK otworzył się np. polski żłobek, który urządzał spotkania dla matek.
Ale jednak różnice są.
To, co odróżnia młodą emigrację od starej, to częsta tendencja do gettoizacji. Są polskie sklepy, fryzjerzy, księgowi, agencje nieruchomości. Do tego dookoła tylu Polaków. Z powodzeniem można udawać, że żyje się w Polsce, ale w angielskich dekoracjach. Mnie to osobiście smuci, bo świadczy o zamknięciu w swoim ciasnym słoiczku no i często też o braku ochoty do nauki języka.
Zauważamy też, że nowa emigracja się bardzo rozwarstwiła w porównaniu do starej. Jedni odnieśli sukces, inni wegetują jako sprzątaczki. Coraz częściej, i to nas cieszy, słychać jednak o polskim sukcesie. Wiem z doświadczenia, ilu „nowych” Polaków pracuje np. w tutejszym sądzie gospodarczym, ilu jest polskich managerów w czołowych firmach. W tej ambicji celują zwłaszcza Polki.
Stara emigracja traktowała swoje życie na obczyźnie jako przedłużenie walki o Polskę. Nie chcieli przyjmować PRL-owskich paszportów, ale też i brytyjskiego obywatelstwa. Tworzyli lobby popierające polskie starania o NATO i UE, itd. Wciąż to poczucie obowiązku, dziejowej misji. Nowi przyjezdni to indywidualiści, chcą dobrej pracy i płacy. Patriotyczne uniesienia są nie dla nich. Zamiast włączać się w działania „starych” organizacji, pozakładali własne. Widać, że na ogół między pokoleniami starej i nowej emigracji jest przepaść, ale nie ma muru.
Choć te mury są często na siłę tworzone, tak jak np. przez władze Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, które zdecydowały np. że nie uznają nowo przyjezdnej Polonii jako autentycznych spadkobierców patriotycznej Polski i mimo protestów zamykają wszędzie swe domy i kola. Walczę z tym, ale zarząd jest nieubłagany.
Czy takie rowy można zasypać?
Można. Choć to trudne, bo występuje też „tymczasowość” nowych. Są kiedyś badania Michała Garapicha z uniwersytetu w Roehampton, z których wynikało, że tylko 20 proc. imigrantów z Polski twierdziło, że zostanie na stałe, 60 proc. jest tu „na trochę”, a reszta nie wiedziała. Na szczęście z nowych badań wynika coś zupełnie odwrotnego - większość już zostanie w UK.
Co się stało?
Dzieci. One zmieniają całą perspektywę i to z ich powodu Polacy chcą tu zostać. A jeśli chcą, to nic nie stoi na przeszkodzie, by włączyć się w działalność organizowaną przez starą Polonię, np. zapisać dzieci do szkółki sobotniej. Te 3 godziny w sobotę to znakomity sposób na nauczenie i zachowanie polskich tradycji i historii u dzieci. Przy okazji i rodzice poznają się wzajemnie z organizatorami szkółek.
A coś łączy te dwie emigracje?
To, co zawsze: kościoły, szkoły sobotnie, jakieś tam wspólne poczucie dumy narodowej. Prawdziwe połączenie tych dwóch emigracji jest dopiero przed nami.
Dlaczego?
Wielka Brytania stoi u progu referendum, które zdecyduje o jej wyjściu z Unii. Kiedy zacznie się publiczna debata trzeba będzie, żeby polscy emigranci - niezależnie od wieku i poglądów – połączyli siły i bardzo mocno, wspólnie, zaakcentowali swój sprzeciw.
Rozmawiał: Grzegorz Lisicki


Wiktor Moszczyński, ur. 1946 w Londynie, dziennikarz, potomek polskich emigrantów, zaangażowany w życie lokalnej polskiej i brytyjskiej społeczności. Był m.in. wiceprzewodniczącym Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii, angażował się m.in. w zniesienie wiz dla Polaków. Był dziennikarzem lokalnych londyńskich gazet, napisał książkę „Hello, I'm Your Polish Neighbour”, obecnie prowadzi bloga „Polak Londynczyk”. Wyróżniony polskim Orderem Zasługi i odznaką honorową Bene Merito nadawaną przez MSZ.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz