Goniec Polski, Londyn, wiosna 2013
- Polską emigrację starej i nowej daty dzieli przepaść, ale
nie ma między nimi muru. Jedni mieli poczucie misji i wciąż
walczyli za Polskę. Drudzy to indywidualiści zorientowani na
osobisty sukces i, chyba przede wszystkim, jak największe dochody –
mówi Wiktor Moszczyński, urodzony w Wielkiej Brytanii syn polskich
wojennych emigrantów
Grzegorz Lisicki: Czy w Wielkiej Brytanii istnieje Polonia?
Wiktor Moszczyński: Tutaj nie ma i nigdy nie było czegoś
takiego jak „Polonia”. Jest emigracja. To stąd, że „Polonia”
kojarzyła się z komunistyczną Polską, bo to za PRL używano tego
słowa. A „emigracja” z tymi, którzy nie chcieli do takiej
Polski wracać. Trzeba więc spytać, czy istnieje tu emigracyjna
społeczność polska. Tak, istnieje, podobnie jak kulturowa
tożsamość, harcerstwo, msze, kluby, własne kościoły. Wytworzyła
się anglo-polska kultura. Jest więc integracja, ale nie asymilacja.
Stara emigracja wymiera, a my, ich potomkowie, uważamy siebie i za
Polaków, i za Brytyjczyków.
Teraz żyje w Wielkiej Brytanii nie mniej niż 600 tys.
rdzennych Polaków.
Nie będę oryginalny mówiąc, że nikt się tego nie spodziewał,
łącznie z rządem. Z racji mojego zawodu miałem okazję rozmawiać
z tutejszym wiceministrem spraw wewnętrznych. Spodziewali się 13
tys. Polaków rocznie. Ja wątpiłem, mówiłem o 200 tysiącach. A i
tak pomyliłem się o setki tysięcy! Myśmy tu nigdy nie uważali,
że nawet wielka liczba Polaków będzie dla Wielkiej Brytanii jakąś
tragedią, bo tutejsi Polacy wyrobili sobie świetną renomę.
Oczekiwaliśmy mniej więcej tego samego po przybyszach z Polski. Ale
- niestety - muszę przyznać, że pierwsze doświadczenia z
emigrantami z Polski wystawiły tutejsze społeczeństwo, w tym nas,
na ciężką próbę.
Co to znaczy?
Do Wielkiej Brytanii polscy obywatele napływali falami i każda
była dla nas szokiem. Pierwsza fala we wczesnych latach 90., kiedy
nagle pojawiło się bardzo dużo Romów, którzy zasłynęli tym, że
domagali się azylu politycznego. Szok, bo komunizm upadł, Polska
wolna, a tu nagle ktoś prosi o polityczny azyl. A to było po
jakichś zamieszkach antyromskich w Mławie. Drugi szok był
kulturowy, bo w miarę jak granice UK się z wolna otwierały,
przybywało też i Polaków. Oni przywieźli ze sobą najgorsze
możliwe słownictwo. Dla nas, urodzonych tu i wychowanych,
najgorszym przekleństwem było „psiakrew” czy „cholera”. Aż
tu nagle same „k...” i to nie czasem, tylko co drugie słowo. Do
tego prostackie zwyczaje, gwizdanie na dziewczyny, picie alkoholu w
parkach, ogolone głowy i oczywiście ani be, ani me po angielsku.
Nagle okazało się, że w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym,
POSK, trzeba montować zamki, stawiać ochroniarzy, bo zaczęły się
kradzieże, pojawili się polscy bezdomni itp.
Było wiele konfliktów w Chingford, północny Londyn, gdzie
osiadło wielu takich przybyszy i ścierało się z liczną tam
diasporą Hindusów.
Dla nas było to przerażające, dla Anglików też, zaczęły się
pojawiać wyjątkowo wredne, antypolskie artykuły w Daily Mail i
innych brukowcach. Dlatego pewne zjawiska w fali emigracji po 2005 r.
już nas nie zdziwiły. Spodziewaliśmy się, że wśród
„normalnych” ludzi trafią się i tacy, o których będą
rozpisywać się brukowce. Mieliśmy to już przepracowane.
Tak jest do dziś?
Oczywiście że nie. To już wygasło, ci nieokrzesani ludzie to
najczęściej już przeszłość. Część wyjechała, część
osiadła i z czasem „zangliczała”.
Zangliczała?
Wyciszyli się, nabrali tutejszych zwyczajów, nawet prowadząc
auta już robią to po angielsku, czyli spokojnie i przestrzegając
przepisów. Ale kosztowało to kilka lat zamętu i wiele dramatów
dorastających dzieci, które rodzice nagle zabrali z Polski i
wrzucili w zupełnie obce środowisko i język, często - przez
pieniądze - w bardzo niedobrych dzielnicach. Niedaleko mojego domu w
Acton były regularne bijatyki polskich „gangów” nastolatków z
„gangami” czarnoskórej młodzieży na tle rasowym, jedni drugim
kazali wracać do Polski albo do Somalii, z tym że ci z Somalii
mieli obronę w nauczycielach, bo taka odzywka tutaj już podpada pod
rasizm. „Wracaj do Polski” jeszcze nie, no i na tym tle były
bijatyki. To wszystko było dla nas bardzo obce i bardzo
niezrozumiałe. Ale jednak stara emigracja próbowała coś robić,
żeby jakoś zagospodarować tych przybyszy. W POSK otworzył się
np. polski żłobek, który urządzał spotkania dla matek.
Ale jednak różnice są.
To, co odróżnia młodą emigrację
od starej, to częsta tendencja do gettoizacji. Są polskie sklepy,
fryzjerzy, księgowi, agencje nieruchomości. Do tego dookoła tylu
Polaków. Z powodzeniem można udawać, że żyje się w Polsce, ale
w angielskich dekoracjach. Mnie to osobiście smuci, bo świadczy o
zamknięciu w swoim ciasnym słoiczku no i często też o braku
ochoty do nauki języka.
Zauważamy też, że nowa emigracja
się bardzo rozwarstwiła w porównaniu do starej. Jedni odnieśli
sukces, inni wegetują jako sprzątaczki. Coraz częściej, i to nas
cieszy, słychać jednak o polskim sukcesie. Wiem z doświadczenia,
ilu „nowych” Polaków pracuje np. w tutejszym sądzie
gospodarczym, ilu jest polskich managerów w czołowych firmach. W
tej ambicji celują zwłaszcza Polki.
Stara emigracja traktowała
swoje życie na obczyźnie jako przedłużenie walki o Polskę. Nie
chcieli przyjmować PRL-owskich paszportów, ale też i brytyjskiego
obywatelstwa. Tworzyli lobby popierające polskie starania o NATO i
UE, itd. Wciąż to poczucie obowiązku, dziejowej misji. Nowi
przyjezdni to indywidualiści, chcą dobrej pracy i płacy.
Patriotyczne uniesienia są nie dla nich. Zamiast włączać się w
działania „starych” organizacji, pozakładali własne. Widać,
że na ogół między pokoleniami starej i nowej emigracji
jest przepaść, ale nie ma muru.
Choć te mury są często na
siłę tworzone, tak jak np. przez władze
Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, które zdecydowały np. że nie
uznają nowo przyjezdnej Polonii jako autentycznych spadkobierców
patriotycznej Polski i mimo protestów zamykają wszędzie swe domy i
kola. Walczę z tym, ale zarząd jest nieubłagany.
Czy takie rowy można zasypać?
Można. Choć to trudne, bo występuje
też „tymczasowość” nowych. Są kiedyś badania Michała
Garapicha z uniwersytetu w Roehampton, z których wynikało, że
tylko 20 proc. imigrantów z Polski twierdziło, że zostanie na
stałe, 60 proc. jest tu „na trochę”, a reszta nie wiedziała.
Na szczęście z nowych badań wynika coś zupełnie odwrotnego -
większość już zostanie w UK.
Co się stało?
Dzieci. One zmieniają całą
perspektywę i to z ich powodu Polacy chcą tu zostać. A jeśli
chcą, to nic nie stoi na przeszkodzie, by włączyć się w
działalność organizowaną przez starą Polonię, np. zapisać
dzieci do szkółki sobotniej. Te 3 godziny w sobotę to znakomity
sposób na nauczenie i zachowanie polskich tradycji i historii u
dzieci. Przy okazji i rodzice poznają się wzajemnie z
organizatorami szkółek.
A coś łączy te dwie emigracje?
To, co zawsze: kościoły, szkoły sobotnie, jakieś tam wspólne
poczucie dumy narodowej. Prawdziwe połączenie tych dwóch emigracji
jest dopiero przed nami.
Dlaczego?
Wielka Brytania stoi u progu referendum, które zdecyduje o jej
wyjściu z Unii. Kiedy zacznie się publiczna debata trzeba będzie,
żeby polscy emigranci - niezależnie od wieku i poglądów –
połączyli siły i bardzo mocno, wspólnie, zaakcentowali swój
sprzeciw.
Rozmawiał: Grzegorz Lisicki
Wiktor Moszczyński, ur. 1946 w Londynie, dziennikarz, potomek
polskich emigrantów, zaangażowany w życie lokalnej polskiej i
brytyjskiej społeczności. Był m.in. wiceprzewodniczącym
Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii, angażował się m.in. w
zniesienie wiz dla Polaków. Był dziennikarzem lokalnych londyńskich
gazet, napisał książkę „Hello, I'm Your Polish Neighbour”,
obecnie prowadzi bloga „Polak Londynczyk”. Wyróżniony polskim
Orderem Zasługi i odznaką honorową Bene Merito nadawaną przez
MSZ.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz